Inspiracje / Mój ogród / Ogrodnicze ABC

Jak stworzyć ogród od zera? Historia weekendowej działki

Mija pół roku od kiedy dzielę się z Wami moim ogrodniczym życiem na blogu. Moje rabaty z archiwalnych postów można obejrzeć w zakładkach „Weekendy w ogrodzie” i „Mój ogród„, tymczasem przyszła pora na tzw. post specjalny. Przez ostatnie miesiące często dzieliłam się sukcesami, rzadko natomiast opowiadałam o trudach i zmaganiach. Postanowiłam opowiedzieć o czasach, gdy nasz ogród dopiero powstawał. Piszę „nasz”, bo chociaż to ja w nim rządzę, to jednak miejsce jest rodzinne i zostało stworzone wspólnym wysiłkiem moim, męża, rodziców i brata. Jak wyglądał proces przemieniania się zagraconego rumowiska w zieloną oazę, opuszczonego siedliska w idylliczną ostoję relaksu? Hmmm… to dość skomplikowana i długa historia.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Początek

Zwykle zanim powstanie ogród,  buduje się dom. U nas było odwrotnie. Na działce znajdowały się zabudowania, ale jak się szybko okazało, nie nadawały się one do użytku. Prostokątna chałupka, obok obora i ruiny zawalonej stodoły. Budynki tworzyły rodzaj podwórza. Całość prezentowała się strasznie: zaniedbana, zrujnowana, zarośnięta. Czuliśmy jednak, że posesja to nieoszlifowany diament. Działka mimo szpetnych zabudowań i krzaków była pięknie ukształtowana i wspaniale usytuowana – na granicy wąwozu i zbocza opadającego w stronę lasu. Myślenie o przyszłym ogrodzie nastąpiło równolegle z planami wyremontowania (a ostatecznie zbudowania od nowa) domu. Od początku pojawiła się myśl, by otworzyć działkę na otaczającą ją przestrzeń i maksymalnie korzystać z roztaczających się dookoła pięknych widoków.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Tak wyglądała działka na samym początku.  Na rozpoczęcie działań porządkowych w ogrodzie wybraliśmy przedwiośnie. Gdyby na drzewach były liście, a trawa i pokrzywy sięgały pasa… chyba byśmy się łatwo zniechęcili. A tak, zgromadziliśmy potrzebne narzędzia i przystąpiliśmy do intuicyjnego poprawiania estetyki otoczenia.

Budynek gospodarczy – dawna obora, przed remontem nie wyglądała zachęcająco.

Sprzątanie i odgruzowywanie

Zanim zajęliśmy się domem, trzeba było pozbyć się z działki bałaganu. Nie mam tu na myśli kilku puszek, czy paru desek leżących na ziemi. O nie. Sprzątanie naszego terenu trwało miesiącami. Posesja pełna była nie tylko rozwalających się płotów, siatek, bud, ruin i złomu. Najgorsze było pozbycie się śmieci, które dawni właściciele wyrzucali gdzie popadnie. Dwie wywrotki odpadów jakie ostatecznie wyjechały z działki (butelki, puszki, plastik, folia, opakowania po lekarstwach, konserwy etc.) wydobywaliśmy z zarośli albo wykopywaliśmy z ziemi. Prócz tego, przed chałupą piętrzyła się sterta gratów, które opuszczający domostwo wywalili uznając za bezwartościowe. Wśród mnóstwa skorup, starych połamanych mebli i szmat moja mama wygrzebała wtedy kilka oldschoolowych przedmiotów ozdobnych w stylu wiejskim. Działka pełna była też papy, eternitu, gruzu z pustaków i innych odpadów budowlanych. W kilku miejscach leżały kopce piasku, który przechowywano na rozłożonej grubej folii. Sterty poprzerastały chwastami, więc sprzątanie zdawało się nie mieć końca. Nawet już lata później, gdy ogród wydawał się uporządkowany, zdarzało mi się jeszcze natknąć podczas sadzenia na jakieś ukryte w ziemi części maszyn rolniczych, kawałki folii, szkła albo cegieł. Istny ogrodniczy koszmar.

ognisko

Bez normalnego domu i kuchni spędzaliśmy na działce każdy weekend. Stale uprzątaliśmy śmieci, paliliśmy stare deski, składaliśmy złom w jedno miejsce, wywalaliśmy nawóz organiczny z obory. Do ciężkich prac potrzebny był odpowiedni strój, dlatego wyglądaliśmy wtedy jak rodzinka white trash’y 😉

rumowisko

Najgorszy był teren zawalonej stodoły. Gruz betonowy, stare fundamenty, resztki papy z dachu i drewno zarosło w tym miejscu pokrzywami i dzikimi malinami. Proces oczyszczania terenu był żmudny. Najpierw kosą, potem łopatą, potem chemicznie. Ostatecznie i tak musieliśmy zamówić tzw. fadromę czyli ciężki sprzęt do wykopania kilkuset kilogramowych słupów fundamentowych. Dziś w tym miejscu jest trawnik.

Tak wyglądała kryta eternitem obora po wstępnym oczyszczeniu jej z otaczającego ją gruzu i psich bud. Zostały jeszcze rosnące wszędzie dookoła sumaki octowce, bardzo trudne do wytępienia rośliny. Ku zaskoczeniu wszystkich, obora kryła w sobie skarb – przegniły kilkunasto (?) letni obornik. To on stanowił podwaliny pod moje piękne rabatki.

Posesję otaczał dość kuriozalny płot, którego słupki stanowiły drzewa i pniaki. Decyzja o usunięciu go oznaczała w konsekwencji także wycięcie i wykarczowanie kilku potężnych pni.

Na działce była też zawalona i nieczynna studnia o głębokości aż 80 metrów. Ze względów praktycznych postanowiliśmy ją zasypać. Do środka trafił więc gruz z posesji, trochę zielonych odpadków, ziemi i drewna. Zawsze gdy pozbywałam się darni szykując nowe nasadzenia, wrzucałam ją do starej studni. Po 2 latach dziura była już prawie całkowicie zasypana.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pierwsze lata pracy na działce kojarzą mi się z zapachem spalenizny. Stale coś paliliśmy: a to gałęzie, a to śmieci, a to resztki papy która walała się w każdym zakątku. I pomyśleć, że dziś w tym miejscu czuć jedynie woń kwiatów!

wejście do wąwozu

Oczyszczanie działki to nie tylko zbieranie odpadów, ale też pozbywanie się zarośli.

podwórze 2

W miarę wycinania drzew na podwórku (usunęliśmy sumaki, akacje które nie kwitły, śliwki, i samosiejkę wierzby) działka się „otwierała” ukazując ukryte skarby, takie jak piękna stara kalina schowana za płotem.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jedno ze zdjęć dokumentujących proces sprzątania. Pod drzewem po lewej stronie znaleziony na działce złom (wiadra, puszki, gary, stare łańcuchy). Na pierwszym planie „dywan” z podagrycznika, jednego z najgorszych chwastów,  który porastał tu wszystko.

widok na dom 2

Tak wyglądało to samo miejsce rok później, wiosną 2007 . Jaśmin już zielony i gęsty, zamiast podagrycznika trawa. Niektóre pnie usuwaliśmy etapami i zanim zniknęły, służyły nam za ogrodowe „meble”.

widok na jaśmin

W 2008 roku obok jaśminu posadziłam pierwsze krzewy i byliny.

jaśmin

Widok na to samo miejsce w maju 2014. Jaśmin w pełnej krasie już niczym nie przypomina łysego drapaka sprzed ośmiu lat.

jaśmin

Widać  rozrośnięte już krzewy dookoła jaśminu (cisy, hortensje, ognik, rododendron i bukszpan) oraz funkie.

Karczowanie i likwidowanie zarośli

Sprzątanie śmieci było najgorsze, w końcu jednak uporaliśmy się z tą „brudną robotą” i przyszedł czas likwidowanie zarośli. Całe podwórze porastały sumaki Rhus typhina – drzewka, do których będę mieć chyba wieczną awersję. Te wytrzymałe rośliny (świetnie sobie radzą nawet na Syberii) są bardzo odporne na karczowanie. Z każdego wyciętego sumaka odbija mnóstwo odrostów. Mogliśmy oczywiście je zachować, ale pragnęliśmy otwarcia przestrzeni i zerwania z dawnymi skojarzeniami. Pragnęliśmy wiejskiej sielanki, a sumaki mają dość egzotyczny wygląd i jako niewymagające rośliny są często sadzone w miastach. Obok sumaków głównym zielonym intruzem był u nas czarny bez i dzikie śliwki. W wielu miejscach nie można było się wręcz przedrzeć przez ich kolczasty zielony gąszcz. Niekiedy dopiero po interwencji piłą i kosą spalinową okazywało się, że dany zakątek jest całkiem przestronny i przyjemny. Tak odkryliśmy m.in. strukturę dawnego sadu. Spośród jabłoni usunęliśmy samosiejki klonów. Elegancko wyeksponowane dwie stare jabłonie zdefiniowały nasz ogród jako „wiejski”. Drzewa te po tym jak „dostały słońca” zaczęły owocować. Wyciętych śliwek nie żałowaliśmy, bo już dawno zdziczały i w dużej mierze uschły. Nie usuwaliśmy wszystkiego. Pozostawiliśmy szlachetne gatunki drzew: dąb, lipę, orzech, świerk, dziką gruszę, czereśnię, a nawet jedną suchą śliwkę, która posłużyła jako podpora dla winobluszczu. Moja wskazówka na marginesie – pozostawione w ogrodzie stare drzewa sprawiają, że nawet nowo założony zieleniec otrzymuje szlachetny, leciwy charakter w trybie „instant”. Na koniec zostawiliśmy karczowanie pniaków – zadanie trudne i mozolne. Odbywało się głównie ręcznie, bo wtedy jeszcze nie posiadaliśmy odpowiedniego ciężkiego sprzętu.

karczowanie

Usuwanie pniaków, których pełno było w dawnym sadzie, było bardzo wyczerpujące. Chcieliśmy móc kosić trawę i sadzić rośliny, a na terenie pełnym niezliczonych pieńków się po prostu nie dało. W karczowaniu pomagała cała rodzina (na zdjęciu mój brat Stefcio).

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Moją główną rolą przy usuwaniu zarośli było wycinanie gałęzi tzw. żyrafą i sekatorem ręcznym. Na przedwiośniu mocno przycięłam strasznie wielki, wybujały jaśmin. Oczywiście tego lata nie zakwitł, ale już w następnych sezonach odzyskał piękny gęsty pokrój i odpłacił się mnóstwem kwiatów.

Tyle ile się dało, wykonaliśmy ręcznie. Resztę ogarnęliśmy przy pomocy wypożyczonej tzw. miniładowarki BOBCAT (nawet ja sama ją obsługiwałam). Świetny sprzęt, jeśli trzeba np. wyrównać teren, albo wywalić jakieś pieńki. Oczywiście mogliśmy od razu zatrudnić speca od usuwania zarośli, który wykonałby najcięższe prace za nas. Myślę, że 10 ludzi zrobiłoby to co nam zajmowało miesiące, w przeciągu 2-3 dni. Samodzielne oczyszczanie działki sprawiało nam jednak radość. Oswajaliśmy się z nieznaną przestrzenią. Obserwowaliśmy co gdzie rośnie, jak ukształtowany jest teren. Odkryliśmy, że na zapuszczonej posesji przetrwało kilka roślin ozdobnych z „lepszych czasów” gospodarstwa. Nagle z chaszczy wyłoniły się zagłuszone świerki, dzikie i róże, kaliny, bzy i inne krzewy. Ja zaś grzebiąc samodzielnie w ziemi dogłębnie poznałam strukturę tamtejszej gleby i wszystkie lokalnie występujące chwasty. Nauczyłam się jak w ogrodzie operuje słońce, gdzie ziemia dłużej pozostaje wilgotna. Z takimi podstawami mogłam myśleć o zakładaniu ogrodu.

Ogrodnicze eksperymenty

Kiedy już mniej więcej ogarnęliśmy najważniejsze prace porządkowe, zaczęliśmy myśleć o elementach ozdobnych. Były to jednak optymistyczne marzenia, bo droga do definitywnego zakończenia bałaganu na działce była jeszcze daleka. Ledwie założyłam coś na kształt tymczasowej rabatki kwiatowej, a okazało się, że muszę ją zlikwidować, bo konieczna jest rozbiórka starego budynku i wykonanie od nowa fundamentów.

 Na niewielkiej rabatce o powierzchni 2 x 3 metry eksperymentowałam z pierwszymi bylinami. Mała rudbekia, którą widać na zdjęciu, dała początek moim "rudbekiowym łanom", które dziś wypełniają  ogród. Samodzielne rozmnażanie roślin przez podział to dobra metoda dla ogrodników z ograniczonym budżetem.

Na niewielkiej rabatce o powierzchni 2 x 3 metry eksperymentowałam z pierwszymi bylinami. Mała rudbekia, którą widać na zdjęciu, dała początek moim „rudbekiowym łanom”, które dziś wypełniają  ogród. Samodzielne rozmnażanie roślin przez podział to dobra metoda dla ogrodników z ograniczonym budżetem.

dom w trakcie budowy

Równolegle z porządkami na działce i powolnym zakładaniem rabat, odbywała się rozbiórka starej chałupy i budowa domu. Bałagan i zamieszanie nie powstrzymywało mnie jednak przed ogrodniczymi zapędami.

podojowisko za domem

Za czerwono-białą taśmą po prawej stronie widać moją biedną rabatkę z kocimiętki.

Nikt nie wiedział ile dokładnie potrwa budowa. A ja nie chciałam czekać na ogród i kwiaty. Z tej niecierpliwości założyłam dwie prowizoryczne rabatki na podwórku. Starczyło mi przytomności na tyle, bo obsadzić je roślinami jednorocznymi, by ewentualne likwidowanie ich nie stanowiło problemu. Z rozsądku szybko jednak porzuciłam takie „tymczasowe” sadzenie roślin bezpośrednio przy domu do czasu, aż budowa się zakończy.

lip07 029

Rok po rozpoczęciu prac na działce dookoła kwitły już dalie i kilka roślin jednorocznych. Prowizoryczna rabatka narobiła mi apetytu na więcej.

Wierzchoniów VIII 07 013

Latem 2006 zakwitły piękne słoneczniki w kolorze rdzy. Dookoła wciąż trwała budowa, a tuż obok nich piętrzyła się sterta piasku (widoczna po lewej stronie w tle).

Ponieważ budowa trwała i trwała, postanowiłam organizować ogród nieco dalej od domu, na terenie dawnego sadu i na niegdysiejszym kartoflisku. Był to rozsądny kompromis. Kwiaty nie ozdabiały wprawdzie samej chałupy, ale za to w nowym miejscu nie zagrażały im jeżdżące koparki i spacerujący robotnicy. Założyliśmy trawnik. Działo się to (jak wszystko u nas) etapami. Nie mieliśmy funduszy ani potrzeby wykonywania wszystkich prac za jednym zamachem. Polecam takie powolne myślenie o zagospodarowaniu przestrzeni – daje to czas na oswojenie się z ogrodem, poznanie którędy najczęściej się chodzi, by tam wytyczyć ciągi komunikacyjne. Myślę, że jednorazowy projekt od architekta zieleni raczej nie uwzględniłby tak kompleksowo złożoności elementów potrzebnych do udanego urządzenia naszej działki. Z czasem inspiracje same do nas przyszły. Pomyślałam, że skoro w okolicy naturalnie występują czarne bzy, to dlaczego nie posadzić ich ozdobnych odmian? Zainspirowana naturą w ten sposób stałam się posiadaczką kilku bzów Sambucus nigra „Eva” i „Black lace” o różowych kwiatach i fioletowych powcinanych liściach. Analogicznie postąpiłam z kalinami i dzikimi różami które rosły dookoła, a których sporo „doszło” w odmianach hodowlanych.

czarny bez

Tzw .czarny bez, czyli Sambucus nigra „Black lace”. Pomysł by go posadzić podsunęła mi sama natura, bo dzikie egzemplarze tego gatunku rosły na naszej działce od początku.

Planowanie na serio

Pierwszą i największą rabatę wyznaczyłam za pomocą palików. Przestrzeń pomiędzy nimi potraktowałam Roundupem. Trochę to straszne, wiem, ale nie żałuję. Myślicie, że dziewczyna taka jak ja w jeden weekend byłaby w stanie odchwaścić ręcznie rabatę o powierzchni 3 x 10 metrów?

Pierwszą i największą rabatę wyznaczyłam za pomocą palików. Przestrzeń pomiędzy nimi potraktowałam Roundupem. Trochę to straszne, wiem, ale nie żałuję. Myślicie, że dziewczyna taka jak ja w jeden weekend byłaby w stanie odchwaścić ręcznie rabatę o powierzchni 3 x 10 metrów?

Gdy krzaki i pieńki były zlikwidowane, potraktowaliśmy zachwaszczony sad glebogryzarką. Następnie wyrównaliśmy to, co można było, ręcznie, czyli grabiami. Koszmarna robota i efekty są dalekie od ideału… Potem zasialiśmy na przygotowanym terenie trawę . W ten sposób został zagospodarowany około hektar. Resztę działki obsialiśmy mieszanką traw o bujnym wzroście (tzw. parkową), ale bez wcześniejszego przygotowywania podłoża. Jednym słowem sialiśmy trawę wprost pomiędzy (czy raczej „NA”) zasiedlające glebę chwasty. Gdy źdźbła urosły, staraliśmy się je intensywnie i krótko kosić (chwasty dwuliścienne nie przetrwały tak intensywnego ścinania). To co zostało, opryskaliśmy chwastoksem. Do dzisiaj „trawnik” w tej części ogrodu jest mocno niedoskonały, ale mnie to w ogóle nie przeszkadza. Od tamtej pory nie używam też chemii, bo nie muszę. Po co mi perfekcyjna murawa na wsi? Czuję satysfakcję, że mimo pierwotnego sceptycyzmu udało się tą prymitywną metodą założyć trawnik relatywnie niedużym nakładem pracy i małym kosztem. I to w jakich trudnych warunkach! Na zboczu pełnym chwastów i pniaków. Świadkowie naszych nieprofesjonalnych posunięć i siania trawy w chwastach stukali się w czoło. Dziś są zapewne zaskoczeni faktem, jak niezłe efekty można uzyskać bez tradycyjnego przygotowania terenu pod trawkę.

tu bedą rabaty

Stary sad zanim stał się reprezentacyjną częścią ogrodu. Już wtedy zaświtała mi w głowie idea zlikwidowania „narożnika” z jarzębin. Na tym zdjęciu widać jeszcze resztki gruzu pod jedną z nich.

widok na ogród

Gruz z niknął, pojawiła się za to wybujała trawa. W przyszłości z tej perspektywy będzie widać ogród pełen kwiatów.

żółte irysy

To samo miejsce circa 2008 r. – miałam wtedy „fazę” na ogrody angielskie. Większość widocznych roślin to rozmnożone okazy znalezione w rożnych zakątkach działki. Niebieski wielosił wyrósł z nasion, które dostałam od pracownika ogrodu Botanicznego UW podczas jednego ze spacerów.

widok na ogród 2014

A tak ów kącik prezentuje się dziś. Duża jarzębina „wystrzeliła” w górę. Ten kolumnowy pokrój jest moją zmorą, no ale ostatni zachowany okaz z jarzębinowej grupki musi pozostać.

Od początku zakładania ogródka miałam chytry plan zlikwidowania „narożnika” z jarzębin. Rosło ich kilka blisko siebie, dziwacznie zasadzonych na na planie czworoboku. Miały pełnić funkcję żywych palików dla istniejącego dawniej w tym miejscu płotu. U ich stóp było pełno gruzu i papy, gdyż „jarzębinowy kąt” był u poprzednich właścicieli działki przechowalnią materiałów budowlanych, starych maszyn i drewna. Drzewa posadzone były zbyt gęsto nawzajem się zacieniały i przez to stale chorowały. Wbitych w ich pnie gwoździ nie dało się już usunąć bez szwanku dla całej rośliny. Postanowiliśmy więc całkowicie powycinać te nieestetyczne drapaki. Pierwsza jarzębina poszła pod piłę od razu. Kolejne likwidowaliśmy stopniowo w następnych latach (w miarę jak zaczynały mocno chorować). W tym roku pozbyliśmy się czwartej jarzębiny. Została jeszcze ostatnia, ta najładniejsza, której już się raczej nie pozbędziemy. Historię i opis karczowania przedostatniej jarzębiny znajdziecie tutaj.

Rośliny ozdobne

Od planowania przyszłych rabat przeszłam do działania. Zależało mi na romantycznych, wiejskich nasadzeniach w dużej skali, tak by było je widać z oddalonego domu. Jak się domyślacie, mój czas i fundusze nie pozwalały na jednorazowe obsadzenie kilkuset metrów kwadratowych dziesiątkami roślin. Szukałam więc rozwiązań odpowiednich dla mojej sytuacji. Postanowiłam wykorzystać ozdobne gatunki, które już rosły na posesji, a było ich całkiem sporo. W krzakach i chaszczach znalazłam róże, piwonie i irysy, które przesadziłam na nową rabatę w sadzie. Irysy rozmnożyłam czterokrotnie, a w kolejnym roku było ich jeszcze więcej. Piwonie tak samo: z czterech kępek powstało kilkanaście nowych roślin. Kolejne przesadzania i dzielenie sprawiły, że co roku roślin wielokrotnie przybywało. W puste miejsca pomiędzy nimi posadziłam tanią kocimiętkę i szałwię omszoną. Wysiałam też rośliny dwuletnie (dzwonki, naparstnice, malwy) i jednoroczne (czarnuszkę oraz Cosmos = onętki). Wszystkie nasiona kupione za grosze lub zebrane w innych ogrodach. Na rabatach znalazł się też odratowany z innego kąta działki bukszpan, któremu nadałam kształt kuli. Kolejne bukszpanowe krzaczki otrzymałam od przyjaciółki mojej mamy z Płocka, albo dokupiłam za niewielkie pieniądze w pobliskich szkółkach.

wieczornik damski

Stopniowo odkrywałam, że na działce rosną rośliny ozdobne, niektóre zagubione w gąszczu chwastów i zaniedbane. Tak było z wieczornikiem damskim, którego przesadziłam na rabaty i rozsiałam w innych miejscach ogrodu. Skoro coś się tu dobrze czuje , trzeba to wykorzystać – pomyślałam.

piwonie

Piwonie były jednym z odziedziczonych po poprzednich właścicielach ogrodu skarbów.

irysy

Żółte irysy były tak zaniedbane i zachwaszczone, że nie sądziłam ,że coś z nich będzie. Po wykopaniu wielkiej karpy okazało się jednak że sadzonek jest bardzo wiele.

Żółte irysy okazały się być odmianą o intensywnym wzroście. Tak intensywnym, że po przesadzeniu rozrastały się w niekontrolowany sposób. Ich kwiaty po kilkanaście na jednej łodydze (sic!) były tak ciężkie, że się łamały. Próbowałam je podpierać, ale ani nie było to wygodne, ani nie wyglądało ładnie. No i ten nielubiany przeze mnie żółty kolor... Ostatecznie irysów się pozbyłam, oddając je kilka lat temu znajomej.

Znalezione na działce żółte irysy po przesadzeniu okazały się być odmianą o intensywnym wzroście. Tak intensywnym, że rozrastały się w niekontrolowany sposób. Ich kwiaty po kilkanaście na jednej łodydze (sic!) były tak ciężkie, że się łamały.

kalina

Inny odziedziczony przypadkowo klejnot – kalina buldeneż.

miejsce na rabatę

Zaczątki rabatki już były, a my bez odpowiedniego sprzętu nie potrafiliśmy jeszcze utrzymać trawnika.

To samo miejsce latem 2014

To samo miejsce latem 2014

Z perspektywy czasu muszę przyznać, że gdybym miała od nowa zakładać ogród, to jednak zainwestowałabym w profesjonalną pomoc. Nie w kwestii projektu, ale w zakresie przygotowania terenu. Szykowanie podłoża pod rabaty chałupniczymi metodami wyłącznie w weekendy, było bardzo, bardzo męczące. Najpierw usuwałam chwasty (początkowo ręcznie – pieląc i przekopując). Potem zmęczona pracą zaczęłam pomagać sobie chemią. Nie byłam w stanie „ogarnąć” całego klombu podczas jednorazowej wizyty w ogrodzie, dlatego działałam etapami. Przygotowaną glebę wzbogacałam obornikiem. Gdy mi się skończył, zamówiłam całą wywrotkę czarnoziemu, która trafiła pod nasadzenia. Dziś żałuję, że tylko jedną… Koszt był spory, ale jednorazowy wydatek opłaca się dużo bardziej niż kupowanie worków z podłożem w marketach. Moim zdaniem przygotowanie gleby jest w ogrodzie kluczowe. U nas przeważa glina – podmokła wiosną i jesienią, a sucha jak skała latem. Bardzo pomaga wymieszanie jej z materiałem organicznym albo jakimś lekkim podłożem podobnym do czarnoziemu. Nieprzepuszczalna gleba nie była jedyną trudnością do pokonania. Pamiętam jak ledwo udawało mi się „wyrwać dziczy” jakiś fragment ogrodu, a już chwasty zasiedlały sąsiednią oczyszczoną rabatkę. Syzyfową pracę dobrze ilustruje to zdjęcie poniżej, gdzie nowo zagospodarowana część rabaty sąsiaduje z łąką pełną wysokich na metr chwastów, które kosi mój mąż. By ułatwić sobie walkę z siewkami, postanowiłam układać pod nasadzenia geowłókninę. Dla estetycznego efektu wysypywałam na nią korę sosnową. Początkowo takie „pole pełne kory” z powtykanymi tu i ówdzie małymi krzaczkami nie robiło dobrego wrażenia. Lepsza jednak kora, niż gołą czarna włóknina. Z perspektywy czasu uważam tą metodę ograniczenia wzrostu chwastów za skuteczną i wartą polecenia. Warunek powodzenia – przed położeniem folii trzeba solidnie usunąć ich korzenie i nawet po położeniu nie rezygnować z pielenia. Podagrycznik, skrzyp i perz przerosną przez wszystko!

rabata pod lasem

Niegdyś pełna złomu i chaszczy skarpa została przeze mnie obsadzona krzewami i bylinami.

rabata pod lasem 3

Najpierw oczyszczałam teren z chwastów, potem przekopywałam, mieszałam glebę z torfem lub kompostem, na koniec wykładałam włókninę i  wreszcie sadziłam. Szkoda, że wszystko trzeba było robić na raty…

grabienie na rabatach

Uzbrojona w motykę wcale się nie zrażałam przeciwnościami losu. Niedoświadczony ogrodnik ma chyba więcej wiary w swoje możliwości.

rabata krawędzie

Dość groteskowo wyglądająca rabatka: stan zanim krzewy i byliny się rozrosły. Prezentowała się koszmarnie, ale satysfakcja z wykonanej pracy była nie do przecenienia! Dawniej sądziłam, że najlepszą krawędzią  dla rabaty jest plastikowa taśma. Dziś uważam, że to najgorsze rozwiązanie. Szpeci, nie spełnia swojej funkcji (nie powstrzymuje korzeni trawy), no i  łatwo może zostać uszkodzona przez kosiarkę. Odradzam!

nowe nasadzenia

Robiąc te zdjęcia kilka lat temu zastanawiałam się czy moja rabata kiedyś będzie mieć więcej roślin niż gołej ziemi?

Mała stabilizacja czyli czas na imprezy

Po dwóch latach ogród zaczął jakoś wyglądać. Były już pełne kwiatów rabaty, kilka krzewów, niezły trawnik. Budowa domu na wykończeniu… to był dobry moment by przeanalizować dotychczasowe osiągnięcia, obmyślić korekty, oraz zaprosić gości na działkę. Gdy ogród nie jest jeszcze wymuskany, to dobry moment na urządzenie w nim większej imprezy. Nie trzeba się martwić, że kwiatki i trawka się poniszczą – w końcu wszystko jest jeszcze dalekie od ideału! Tak przynajmniej było u nas. Kiedy imprezy się odbyły, nie pozostało nic innego jak powrócić do intensywnych prac na rzecz zmian i ulepszeń.

Dziś chyba już nie odważyłabym się zorganizować imprezy na kilkadziesiąt osób w obawie przed zniszczeniem ogrodu. Chyba się starzeję!

Dziś chyba już nie odważyłabym się zorganizować imprezy na kilkadziesiąt osób w obawie przed zniszczeniem ogrodu. Chyba się starzeję!

pole namiotowe

Dwie rabatki już w miarę obsadzone, trzecia w powijakach, w sam raz by obok rozbić pole namiotowe. Lato 2009 r

Wiadomo - im mniej wymuskany ogród, tym bardziej można w nim poszaleć! ;)

Wiadomo – im mniej wymuskany ogród, tym bardziej można w nim poszaleć! 😉

goście

Goście odwiedzający ogród kilka lat temu.

sadzenie gruszy

Odwiedziny znajomych często wiązały się z prezentami. Od przyjaciół i rodziny otrzymaliśmy wiele drzewek i krzewów.

Moje rosnące zainteresowanie ogrodnictwem i zielonym designem doprowadziło do krytycznych osądów. Zaczęłam dostrzegać coraz więcej wad w swoim ogródku. Ambitnie chciałam by był dekoracyjny przez cały rok, a nie tylko latem. Zaczęłam więc dosadzać drzewa i krzewy ozdobne z liści i owoców. Doszły kaliny, ambrowiec amerykański, cypryśnik błotny, trzmielina. Zrozumiałam, że wczesne byliny i rośliny jednoroczne choć piękne, to wymagają mnóstwa pracy. Jednocześnie oferują niewiele zimą i wiosną. Dlatego zaczęłam intensywnie dosadzać iglaki, przede wszystkim cisy i jodły. Chciałam by ogród był przy tym spójny, cały w stylu parkowo-wiejskim i żeby nie rosło w nim nic co kojarzy się ewidentnie z miastem. Ostatecznie i tu się złamałam, sadząc tuje (ale tylko w formie soliterów). Przekonał mnie do tej decyzji widok starych przedwojennych tui z ogrodów w Kazimierzu Dolnym i parku Czartoryskich w Puławach. Dosadziłam też żywopłoty, by moje rabaty zyskały jednolite tło, a bardziej wrażliwe rośliny osłonę od wiatru. W kwestii kolorów i doboru bylin także przeszłam przez ewolucję stylów. Początkowo chciałam mieć typowe rabaty angielskie, mieszane, pełne bylin i kwitnących krzewów. Wśród barw najbardziej zaś podobały mi się pastele. Stopniowo względy praktyczne wzięły górę nad emocjami i zaczęłam się pozbywać kłopotliwych, żarłocznych roślin takich jak ostróżki. Dziś na rabatach nie ma już także stale chorujących róż „odziedziczonych” po poprzednich właścicielach działki.

rabata angielska

Początkowo największe rabaty w ogrodzie były fioletowo – różowe. Z czasem zapragnęłam czegoś w mocniejszych barwach, co byłoby widoczne z daleka. Ps. zwróćcie uwagę na trawnik – taki ‚skalp’ niekiedy fundowała nam zepsuta kosiarka.

rabata angielska 2

Ostróżki choć piękne, wymagały stałego nawożenia i podpierania. Ich dolne liście ciągle atakował grzyb… Zamieniłam je na bardziej praktyczne byliny: kłosowiec, trawy, jeżówki.

rabata w stylu angielskim

Praktycznie zrezygnowałam już z sadzenia dwuletnich goździków i dzwonków, które choć piękne i kwintesencjonalnie wiejskie, niestety po przekwitnięciu tylko szpecą.

ostróżki

Ostróżki rosły tak wielkie, że bez podpierania się pokładały. Dla ogrodnika weekendowego to nic korzystnego!

żółt arabata

Drugą rabatę zaplanowałam jako „ognistą” pełną żółtego, pomarańczu i czerwieni. Po czasie okazało się, że słoneczniczki, dzielżany i krwawnik upchnięte obok siebie to dla mnie zdecydowanie za dużo i za wesoło.

druga rabata

To samo miejsce parę lat później. Usunęłam dalie, dodałam więcej roślin w chłodnych kolorach. Nadal problemem był kształt rabaty (zbyt wąski) i nieuporządkowane krawędzie. No i koszmarny „trawnik”… przyszedł czas na zainwestowanie w profesjonalną kosiarkę.

rabata w czerwcu

Dawna żółta rabata w czerwcu 2014. Teraz zmagam się z jej tłem, a mianowicie gąszczem samosiejek lip, który tworzy chaotyczną i mało dekoracyjną płaszczyznę.  Jak widać perfekcyjny ogród wymaga stałych poprawek.

pysznogłówki i szałwie muszkatołowe

Mój ostatnio ulubiony mix bylin na czerwiec/lipiec: pysznogłówki, złocienie, proso rózgowate i szałwia muszkatołowa.

Moim sposobem na znalezienie harmonijnych połączeń kolorystycznych na rabaty było tworzenie roboczych mini – kompozycji z kwiatów. Oto kilka z nich, które sfotografowałam kilka lat temu podczas planowania zmian:zestaw 3 zestaw 2 zestaw 1 zestaw 4 Zainspirowana tymi zestawieniami zaczęłam eliminować z ogródka intensywnie żółte byliny, zastępując je kremowymi. Co roku dosadzam też więcej roślin o różowych lub bordowych kwiatach i fioletowych liściach. Oczywiście nie wszystko w ogrodzie pasuje do tego schematu. Wiele gatunków otrzymałam przecież w prezencie od znajomych i przyjaciół. Niektóre kwiaty choć nie są moimi ulubionymi, trzymam przez sentyment i przez wzgląd na ich wiejski charakter. Moim zdaniem rośliny – prezenty od bliskich cieszą bardziej niż zakupy ze szkółki.

róża claire

Wspaniała róża „Claire”, którą podarowała mi mama mojego męża.

Warzywnik

Rzadko piszę o swoim warzywniku, który najlepsza lata ma już niestety za sobą. Obecnie jestem na etapie przenoszenia go w inne miejsce i budowania nowych inspektów. By jednak uzupełnić moją opowieść o metamorfozie ogrodu, muszę Wam pokazać gdzie powstał warzywnik i jak wyglądał rok po założeniu. 1 022

i po 1,5 roku 🙂

warzywnik 2 warzywnik

Udoskonalanie

Wciąż coś zmieniam, przesadzam, wymieniam. Sprawdzam gdzie są słabe punkty ogrodu. Do moich aktualnych celów należy przearanżowanie „rabaty pod lasem” i zmiana jej charakteru z bylinowej na mieszaną, z dominacją dużych różaneczników i hortensji. Chcę też posadzić żywopłoty z cisu, takie, które utworzą jednolite wiecznie zielone tło dla rabat i ostatecznie wydzielą ogród z dziczy. Muszę też wraz z mężem wykonać nowe inspekty. Jeśli zaś chodzi o rabaty i kwiaty – eliminuję wszystko co żółte. Chcę też mieć więcej traw ozdobnych i bardziej jednolitych, dużych grup bylin. Z roślin na które poluję (lista jest długa) intensywnie poszukiwane są przeze mnie m.in. fioletowe arcydzięgle chińskie i Vernonia.

rabata bylinowa wczesnym latem 3 rabata latem

Mam nadzieję, że moja opowieść o trudnych początkach doda niektórym ogrodnikom otuchy i podbuduje wiarę we własne możliwości. Pamiętajcie: atrakcyjny ogród da się stworzyć jedynie w weekendy. Wcale nie potrzeba ogromnych pieniędzy, ani wielu, wielu lat. Oczywiście czas jest potrzebny, ale też nieskromnie przyznam, że nawet moje rabatki z 2007 roku, czyli dwa sezony po założeniu ogrodu nie wyglądały najgorzej, czyli jednak na efekty nie trzeba wcale długo czekać. Trzeba tylko się zawziąć, nie zrażać przeciwnościami. I przede wszystkim – bacznie obserwować przyrodę.

xxx

  • Wasza P.

prace w ogrodzie 2014

Zobacz również

18 komentarzy do “Jak stworzyć ogród od zera? Historia weekendowej działki

  1. Polu, do tej pory tylko podziwialam Wasz ogrod a wlasciwie cala posiadlosc i chociaz historie powstawania pobieżnie znalam to po przeczytaniu tego wpisu moge powiedziec jedno : Ty i Twoja rodzina jestescie dla mnie bohaterami a Wasza a szczegolnie Twoja pasja jest godna najwyzszego podziwu . Gratulacje i zycze dalszych sukcesow <3

  2. Niesamowita metamorfoza! To jakby dwie zupełnie inne działki z dwóch całkiem innych bajek. Włożyliście mnóstwo pracy i serca w to, by mieć piękny ogród i wiejską przystań.
    Ktoś, kto nie pracował nigdy w ogrodzie nie wyobraża sobie nawet ile wysiłku wymaga uporządkowanie tak zaniedbanej przestrzeni i doprowadzenie jej do stanu używalności. Walka z zasiedziałymi chwastami, to wysiłek równy treningowi na siłowni, tylko sprzęt treningowy jest nieco inny 😉

  3. Muszę dodać, że Pola broni swoich pomysłów (które – jak sama przyznała wciąż ewoluują), z wytrwałością godną Obrońców Poczty Gdańskiej. Dlatego niekiedy dochodziło do sprzeczek. Ja chciałam „upchnąć” w ogrodzie swoje ukochane rośliny: kwiaty, krzewy, drzewa. Korzystając z nieuwagi córki lub jej nieobecności, sadziłam je w sposób całkowicie nieprzemyślany i chaotyczny licząc, że gdy już je zastanie, zlituje się i pozwoli nieproszonym gościom pozostać w naszym Soplicowie. Przecież jest tam tyle miejsca …. Nic podobnego, życia nie straciły, ale musiały zaakceptować przeprowadzki. Na szczęście dziś rosną w miejscach odpowiednich i kochamy je wszystkie, a ja najbardziej hortensje, kaliny i cisy. Sentymentem jednak darzę najbardziej te z Płocka. Mamy też byliny przywiezione aż z Santa Fe, z Tomaszowa Lubelskiego od Pani Marii Sendeckiej i z lokalnego Zajączkowa.
    Jednak mieliśmy zdrowie do tej harówki, a ile radości to dało! Ja nie żałuję ani chwili tak spędzonej i nie wyobrażam sobie, by kto inny tworzył nam koncepcję ogrodu, który zakłada się w jeden tydzień. Pola dzięki! Oby Józia kontynuowała Twoją pasję, a brat na którego czeka ją wspierał 🙂

  4. jestem w wielkim szoku! w 2014 roku na początku marca także zakupiłem działkę…i mało na razie się w niej dzieje…a Twój ogród jest niasamowity i bez specjalistów! Na prawdę kawał dobrej roboty! pozdrawiam serdecznie!

    • Dziękuję. Nieskromnie powiem, że zdjęcia nigdy nie oddadzą rzeczywistości, tego jak nasza działka się przez kilka lat zmieniła nie do poznania. 😉 Tęsknię trochę za tym etapem intensywnych prac, ciągłych zmian, eksperymentów i tworzenia nowego. To ekscytujące jak mało co! Gratuluję zakupu działki – najlepsze przed Tobą! 🙂 Dobre chęci, odrobina teorii i codzienna ogrodnicza praktyka wystarczą 🙂 Pozdrawiam serdecznie!

  5. Z wielkim zainteresowaniem i podziwem przeczytałam historię Waszego ogrodu, najbardziej doceniam to, że cała rodzina zaangażowała się w tworzenie. Efekt jest imponujący! A największą wartością jest to, że WY go planujecie i wykonujecie.!
    Mam znajomych, którzy zatrudnili firmę i założyli ogród i są z niego dumni, a na mnie spoglądają jak na biedaka, bo nie rozumieją jaka jest radość w „grzebaniu w ziemi”. Taki „własnoręcznie” założony ogród jest jak nasze dziecko, które ciągle się rozwija i zmienia i zaskakuje i daje się podziwiać.
    Co do historii zmagań – mam podobne doświadczenia z ostróżkami, ich podpieranie jest uciążliwe i czasochłonne, jak się przyjeżdża na weekend to trzeba wykonać ważniejsze prace. Po drugie – sadziec u mnie nie chce rosnąć- a podobno rośnie jak chwast…
    Pozdrawiam!!!

    • … lepiej bym tego nie ujęła! Mówię o tym że najlepiej wszystko robić samemu, ewentualnie z niewielką pomocą np. fachowców od prac ziemnych. Gratuluję słusznej decyzji niezatrudniania projektanta i trzymam kciuki za postępy prac ogrodniczych 🙂 ps. To prawda że najlepiej tworzyć ogród całą rodziną, czasami myślę że gdyby nie to, nie widywałabym swoich rodziców tak często, a dzieci nie miałyby stałego kontaktu z dziadkami. Kolejny argument za wspólnym pielęgnowaniem tej pasji 🙂

  6. Cudowny ogród ! Ja dopiero zaczynam tworzyć ‚swój wymarzony ogród’. Mam nadzieję, że dam rade 🙂 Jesteś od teraz moją motywacja do celu ! Dziekuje 🙂

  7. Piękny ogród, podziwiam lata pracy weń włożone. My dopiero zaczęliśmy swoją historię z ogrodem, ale nie miałam tyle samozaparcia żeby zrobić to samej (w mężu miałam małą pomoc bo jest bardzo zapracowany). Zdecydowaliśmy się na pomoc profesjonalistów. Dzięki nim mamy dziś piękne miejsce a ja powoli uczę się co kiedy w nim robić. Może teraz bym wiedziała jak się do tego wziąć, ale rok temu sprawa mnie przerażała no i z czasem też było krucho bo jednocześnie wprowadzaliśmy się do domu i z nim też było dużo roboty.

    • Wyobrażam sobie, że na małych działkach na gęsto zabudowanym terenie to może być problem. Mamy spory teren i nie dolatuje tak łatwo do sąsiadów. Poza tym to wieś i tam nikogo robienie ognisk nie dziwi.

  8. Dawno mnie tak nie wciagnelo podczas czytania! A czytam o 4w nocy i ani mysle spac. Swietny post. Jestem pelna podziwu czego dokonaliscie 🙂 i jestescie dla mnie inspiracja. Mam dzialke od pazdziernika ktora byla wiele lat opuszczona. Jestem amatorem jak kiedys Ty i mam nadzieje ze rowniez sie nie poddam i podolam temu wyzwaniu 🙂 pozdrawiam !!!

    • Ojej jak miło, że moje dlugawe opowieści kogoś inspirują 🙂 zapraszam do śledzenia naszych perypetii. Wciąż coś zmieniamy ulepszamy, jeśli Panią interesują bieżące sprawy w naszym ogrodzie to proszę się zapisać do subskrybcji. Wkrótce będzie o nowych „projektach” pozdrawiam i dziękuję za miłe słowo.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *