Guerilla Gardening / Przyroda / Recenzje & relacje z wydarzeń / Zieleń miejska

Kontrowersyjne warsztaty miejskiego ogrodnictwa – o jadalnych chwastach

W słoneczne i ciepłe weekendy rzadko rezygnuję z wizyty w swoim ogrodzie (jak sama nazwa tego bloga wskazuje). Jeśli jednak decyduję się zostać w Warszawie, staram się spędzić ten czas aktywnie i maksymalnie blisko pięknych ogrodów, parków, albo przyrody. Oto jak wyglądała nasza niedziela w mieście:

Zbieranie kwiatów bzu czarnegozbieranie kwiató bzu Wykład w Zelmot - Dzikie rośliny jadalne

To co widać na zdjęciach to migawki z bezpłatnych warsztatów ogrodnictwa miejskiego w których uczestniczyłam z Józią oraz Babcią Józi. O spotkaniu i inicjatywie „Uprawiajmy na Ochocie” dowiedziałam się z radia. Ochota, to właśnie moja dzielnica. Dopiero ją poznaję, bo mieszkamy tu zaledwie rok. Gdy usłyszałam, że w okolicy są jeszcze jacyś młodzi ogrodnicy, zainteresowani adaptowaniem przestrzeni publicznej i miejskimi uprawami – ruszyłam do komputera by dowiedzieć się więcej z internetu. Tak właśnie trafiłam na spotkanie organizowane przez Jodie Baltazar poświęcone jadalnym roślinom dziko rosnącym w mieście.

Jodie Baltazar

Jodie Baltazar – organizatorka spaceru edukacyjnego o dzikich roślinach jadalnych.

Informacji o prowadzącej – Pani Jodie Baltazar znalazłam niewiele. Samo spotkanie też nie specjalnie mi coś rozjaśniło. Być może z mojej własnej winy (trudno jednocześnie rozmawiać z kimś i zajmować się dwulatkiem). Dowiedziałam się jednak spraw najważniejszych: Jodie jest amerykanką która od 4 lat tworzy ogródek na działkach Zelmot (przy ul. Grójeckiej). Jest to baza jej projektu non-profit o nazwie Pixxe. Jodie Baltazar zajmuje się przekształcaniem przestrzeni publicznej w ogrody, ogrodnictwem miejskim, jest aktywistką, popularyzatorką wiedzy o eko uprawach. Jej projekt wspiera Urząd Dzielnicy Ochota. Te informacje mi wystarczyły za zachętę. Pozostało zatem sprawdzić co amerykanka robi w warszawskich ogródkach działkowych.

Sumak octowiec

Jadalnych roślin szukaliśmy m. in. na ul. Grójeckiej. Znaleźliśmy ich mnóstwo, m.in. sumak octowiec, który wydawał mi się dotąd rośliną toksyczną. Tymczasem jego nasiona mogą być (i są) stosowane jako przyprawa. Robi się z nich także napój o nazwie „indian lemonade”.

dary natury w mieście

Jodie wykłada o włąściwościach łopianu i jasnoty

Jodie wykłada o właściwościach łopianu i jasnoty, oraz ich przydatności do spożycia.

Jak wyglądał wykład o jadalnych roślinach w mieście? Ze względu na 30-stopniowy upał liczyłam na spacerek w chłodzie parku, czy przechadzkę cienistymi alejkami ogródka działkowego. Ale organizatorka chciała pokazać, że w miastach wartościowe i jadalne (sic!) rośliny rosną wszędzie. Dlatego meandrowaliśmy przez bynajmniej nie zacienione pasy zieleni ruchliwej ulicy Grójeckiej. Następne na trasie były nieużytki w okolicy stacji benzynowych, ujęcia wody i garaże na ul. Korotyńskiego. Prawdopodobnie dlatego niektórzy uczestnicy spaceru (ci z więcej niż jednym małym dzieckiem) nie wytrwali do końca. Warsztaty odbywały się już trzeci raz i do tej pory sprawdzały się jako idea „kids friendly”. Tym razem niestety sąsiedztwo ruchliwej ulicy i skwar niekoniecznie sprzyjały maluchom. Mimo wszystko moja rodzina dała radę, i całe szczęście, bo pod koniec spaceru czekała nas nagroda: wizyta we wspomnianym ogrodzie Pixxe. Jodie Baltazar pokazała nam tam jak robić „lemoniadę” z kwiatów czarnego bzu. Sam ogródek wywarł na mnie ogromne wrażenie. Chyba nigdy nie miałam okazji oglądać miejsca tak stuprocentowo eko, ze ściółką „z odzysku”, alejkami wyłożonymi własnoręcznie wykonanym „żwirkiem” z pociętych gałęzi, wzorowym kompostownikiem itd.

Działka PIXXE

Działka Pixxe na której gospodarzy Jodie Baltazar mieści się na ogródkach Zelmot. Miejsce to wywarło na mnie duże wrażenie.

Słuchamy wykłądu w cieniu wiśni

Zmęczeni dwugodzinnym spacerem w upale uczestnicy z przyjemnością siedli pod starą wiśnią i spróbowali „bzowej lemoniady”.

na sok z czarnego bzu

Zebrane podczas spaceru kwiaty czarnego bzu przerobiliśmy na napój podobny do lemoniady.

Zebrane podczas spaceru kwiaty czarnego bzu przerobiliśmy na napój podobny do lemoniady.

Na działce Pixxe

Działka Jodie jest dosłownie „wypchana po brzegi” warzywami, które wyglądają naprawdę bardzo apetycznie.

Wykład prowadzony był z myślą o amatorach i ogrodnikach niedoświadczonych. Większość przedstawianych roślin takich jak mlecze (mniszki), czarny bez, koniczyna czy pokrzywy były więc dla mnie dość oczywistym wskazaniem. Nie zabrakło jednak ciekawostek „dla zaawansowanych” – dowiedziałam się m. in. jak odróżnić jadalną dziką marchew od trujących przedstawicieli rośliny selerowatych. I choć z mojej perspektywy dość dużo było banalnych obserwacji, to nie jedna osoba spośród uczestników spotkania była szczerze zaskoczona tym co Jodie proponowała na sałatki.

tasznik znany także jako chlebek

Tasznik, znany także jako „chlebki”. Spokrewniony z rzepakiem, kapustą i brokułami a więc jadalny w całości i bardzo zdrowy.

spacer po Ochocie w poszukiwaniu dzikich roślin jadalnych

Spacerując poznawaliśmy ‚drugie oblicze’ znanych roślin. Według Jodie np. lipa jest świetnym pożywieniem. Do jedzenia nadaje się niemal każda jej część.

Sczwół plamisty

Niebezpieczny szczwół plamisty

Edukacja w zakresie roślin jadalnych to także umiejętność odróżniania przyjaciół od wrogów. Jodie pokazała po czym poznać trujący Szczwół plamisty (Conium maculatum) i jak odróżnić go od jadalnych roślin selerowatych.

Nie wykluczone że spośród uczestników spaceru najwięcej dzikich roślin jadalnych znała moja teściowa. Wyznała, że w dzieciństwie zdarzało się jeść „chlebki” (czyli tasznik Capsella bursa pastoris, który jako wartościowego odżywczo przedstawiciela rośliny krzyżowych Cruciferae reklamowała Jodie). Cóż, widać starsze (ode mnie) pokolenia wychowane jeszcze na „normalnych” podwórkach są oswojone z lokalną florą i jej jadalnymi gatunkami. Wiedza ta najwyraźniej rzadko bywa bliska mieszkańcom dużych miast, którzy są w moim wieku. Skąd dziś dzieci wychowywane na wyizolowanych osiedlach, wożone samochodem do szkół i przedszkoli mają znać jadalne chwasty? Edukacja przyrodnicza jest dla mnie tak samo ważna jak powiedzmy nauka liczenia. Nie wyobrażam sobie, że moja córka nie będzie wiedziała czym się różni lipa od dębu, a na spacerku nie będzie potrafiła rozpoznać które rośliny są trujące. Dlatego widzę wielki sens organizowania takich spotkań i prowadzenia podobnych wykładów.


Oryginalne podejście Jodie Baltazar do ogrodnictwa jest naprawdę godne podziwu i imponujące. Spotkanie z nią (więcej o Jodie i o jej projekcie Pixxe znajdziecie tutaj i tutaj) skłoniło mnie do szerszych refleksji na temat dzikich roślin i działalności społeczno – ogrodniczej w miastach.  Zawsze fascynowali mnie radykaliści całkowicie oddani sercem i duszą idealistycznym wizjom ulepszania świata. Czyż nie wspaniale byłoby gdyby mieszkańcy miast nauczyli się korzystać z bogactwa przyrody? Uprawiać każdy niezagospodarowany skrawek ziemi i samodzielnie produkować warzywa? Albo jeszcze lepiej – czerpać z zasobów dzikiej flory? (według Jodie dużo zdrowszej od tego co zostało uzyskane na drodze wieloletniej hodowli). Miniony niedzielny wykład nie był pierwszym przypadkiem gdzie zetknęłam się z ideą jedzenia dzikich roślin. Pamiętam moją fascynację osobą Łukasza Łuczaja, etnobotanika totalnego i naukowca oddanego m.in. idei zbieractwa. Jego przewodniki surwiwalowe i propozycje przetrwania w puszczy bez jedzenia (jedynie na zupie z kory i sałatce z liści komosy), a także koncepcje dzikich ogrodów na które natrafiłam kilka lat temu, były dla mnie niezwykle inspirujące. Publikacjami tymi w  pewnym momencie zainteresowały się nawet mainstreamowe media. Wówczas to, po pierwotnej fascynacji „dziczą” i ekologią, udało mi się wyrobić własne zdanie na temat radykalnego podejścia ogrodnictwa i tak rozumianego korzystania z dóbr przyrody (szczegóły na temat Ł. Łuczaja tutaj).

łukasz łuczaj Dzikie rośliny jadalne Polski

Rzecz w tym, że należę chyba do bardziej tradycyjnych ogrodników. Takich, którzy poza działką mają pracę, dom i zabiegane życie. Interesują mnie raczej aspekty estetyczne zieleni i to, jak może ona służyć w kontekście relaksu. Co za tym idzie, postrzegam wiarę w żywienie się chwastami z pasów zieleni jako utopię. Powiem w dość gorzkich słowach – czy zanim nauczymy warszawiaków zjadać chwasty, nie powinniśmy uczyć ich segregować odpady, zbierać psie kupy i nie śmiecić na trawnikach? Jestem świadoma, że reprezentuję „konsumpcyjne” podejście do ogrodnictwa. Na moich zagonach obok domowej roboty kompostu leży kupiona w Leroy Merlin sosnowa kora… Tryb życia wymusza na nas pewne wybory. Nie mogę poświęcić się produkcji rozsady i doglądaniu ogródka non stop, bo jestem ogrodnikiem „z doskoku”. Żeby pogodzić chęć korzystania z przyjemności jakie daje ogród idę więc na pewne kompromisy. Doceniam idee takie jak „Pixxe” czy „Uprawiajmy na Ochocie”- projekty, które mają więcej wspólnego z pozytywistyczną pracą u podstaw, poszukiwaniem równości i sprawiedliwości społecznej i edukacją mas, niż ze stylizowaniem ładnej rabatki. Szanuję zapał i poświęcenie organizatorów. Żeby ludzie zaczęli tworzyć piękne ogrody i upiększać roślinami przestrzeń wokół siebie, muszą przecież najpierw tą zieleń poznać i polubić. I w tym osoby takie jak Jodie Baltazar na pewno im pomogą.

morwa - mało popularne drzewo o jadalnych owocach

Morwa – mało popularne drzewo o jadalnych owocach. Gdy dojrzeją nadają się m.in. na galaretki. Do ogrodu przyciągają rzesze ptaków.

dziki rzepak

Rzepak rośnie na warszawskich nieużytkach. Jest bardzo zdrowy…

Jeśli zaś chodzi o aspekt spożywania roślin dziko rosnących w mieście… Tutaj również mam zdanie nieco odmienne od organizatorów spaceru. Może dlatego, że posiadam luksus własnego ogródka, który położony jest z dala od cywilizacji i jej zgubnych dla zdrowia wpływów takich jak spaliny. Nie czułabym się bezpiecznie i „ekologicznie” nonszalancko jedząc mlecze z koniczyną wyrosłe na Grójeckiej. Zdecydowanie wolę chwasty ze swojej wiejskiej działki. Wiem jednak, że czasami warto się przełamać. Nie każda roślina jadalna w mieście musi być niezdrowa. Najbardziej „spalinochłonne” wydają mi się owoce i korzenie, ale już kwiaty – niekoniecznie. Nie sadzę by zawierały więcej miejskiego kurzu niż pomidory wystawione na ulicznym straganie. Wszystko też zależy od tego gdzie dzikie rośliny rosły, i jakie to gatunki (tak przynajmniej przekonywała Jodie).

gwiazdnica idealna na sałatki

Pospolity chwast, którym znam także z własnego ogrodu – gwiazdnica pospolita Stellaria media nie jest gorzka, i jak przekonywała Jodie świetnie nadaje się do jedzenia.

Pamiętajmy też, że owoce i warzywa dostarczane do warszawskich marketów z giełdy na Broniszach (które spożywa 99,9% warszawiaków) też są wątpliwe pod względem zdrowotności. Mam informacje z pierwszej ręki o tym jak się je transportuje z Izraela i Egiptu, konserwuje, lakieruje, woskuje, trzyma w beztlenowych warunkach, opryskuje, nawozi, suszy, odgrzybia itd. Z punktu widzenia konsumenta „kupne” warzywa i owoce wcale nie muszą być zdrowsze od tych znalezionych na warszawskich nieużytkach.  Niezależnie od tego jaki się ma pogląd na jedzenie roślin dziko rosnących w miastach, warto je znać. Po to, by móc wykorzystać je jako tanią alternatywę dla tradycyjnych warzyw. Ja z pewnością w najbliższy weekend spożytkuję zdobytą wiedzę by wykreować niejedną sałatkę z chwastów. Po prostu zbiorę je w bezpiecznym miejscu.

Dla zainteresowanych – strona facebookowa projektu Pixxe


PS. Darzę ogromną sympatią cudzoziemców, a amerykanów szczególnie (mam w USA rodzinę i jestem amerykanofilem!). Zdaję sobie sprawę jak wielką barierą jest język polski dla osób chcących edukować czy wykładać jakąś konkretną dziedzinę. Według mnie autorka wykładu (i.e. Jodie Baltazar) powinna rozważyć wykładanie po angielsku. Myślę, że na tym podstawowym poziomie wiedzy ogrodniczej każdy uczestnik zorientowałby się o co chodzi. Jeśli zaś nie, nawet ja z przyjemnością mogłabym zostać dorywczym tłumaczem (słowa te kieruję rzecz jasna do organizatorów). 🙂 Skoro bloga Pixxe Jodi prowadzi po angielsku, to dlaczegóż by nie spróbować poprowadzić w ten sposób warsztatów? Liczę, że odbędą się kolejne ich edycje, może tym razem poświęcone ogrodom ozdobnym?

PS 2. Wielki plus dla Jodie Baltazar, że poświęciła niedzielę na warsztaty non profit. Jak się dowiedziałam z facebooka w tym samym czasie analogiczny tematycznie wykład organizowano w Parku Skaryszewskim. Bilety kosztowały 35 zł… Chyba komentować nie muszę 🙂

Zobacz również

4 komentarzy do “Kontrowersyjne warsztaty miejskiego ogrodnictwa – o jadalnych chwastach

  1. to super, chwasty przerobimy na sojuszników i zamiast sałatki z rukoli zjemy cały mniszek, popijając sokiem z pokrzywy a na deser naleśniki z syropem z kwiatów bzu czarnego…
    biedni mężczyźni, bez mięsa się nie obejdzie…

  2. W imieniu organizatorów dziękujemy za udział w wydarzeniu, recenzję spaceru i za życzliwą konstruktywną krytykę 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *