Dla dzieci / Książki / Mój ogród / Ogrody w sztuce

Mała ogrodniczka

Zastanawiałam się ostatnio: kiedy właściwie narodziła się moja ogrodnicza pasja? Myślałam też nad tym jak wzbudzić zainteresowanie ogrodnictwem u mojej małej córeczki. Byłoby miło, gdyby kiedyś doceniła zasadzone dla niej drzewa, czy kwiaty pielęgnowane z myślą o niej. Problem w tym, że mieszkamy w centrum stolicy, na czwartym piętrze. Nasz rodzinny ogród położony jest daleko, bo trzy godziny drogi z Warszawy. Mam mimo wszystko nadzieję, że te sporadyczne wizyty z córką na działce wystarczą, by zaszczepić jej „ogrodniczego bakcyla”.

Józia w ogrodzie

Półtoraroczna Józia odkrywa uroki naszego ogrodu

Tymczasem wspomnienia naprowadziły mnie na pewien trop. Otóż jako mała dziewczynka miałam szczęście cieszyć się zabawą w swoim własnym, malutkim ogródku. Mama bardzo mądrze wyznaczyła mi tam zadania do wykonania i moje dziecinne rewiry. Powiedziała też, które rośliny są trujące, których nie wolno mi dotykać, i których nie podlewać zbyt obficie. W efekcie zamiast nieumyślnie deptać kwiatki podczas zabawy w berka, zaangażowałam się w robienie swoich dość nieudolnych klombów i układanie kamyków w nienaturalne rzędy. Dzięki tym zabawom zaczęłam dostrzegać świat na „dużo niższym poziomie”, tzn. bliższym mrówkom, ślimakom i małym roślinkom. Pozwolono mi nawet wydać 29 zł (wówczas, w latach dziewięćdziesiątych niemała sumka) na absurdalny zakup, jakim była miniaturowa wierzba płacząca z bazarku. Wiadomo było, że ten drapak nie przetrwa w piaszczystym, zacienionym przyblokowym ogródeczku. Ale ja byłam szczęśliwa, bo miałam o co dbać. Już wtedy pokochałam pracę w ogrodzie. Jednak na dobre stało się to moją pasją za sprawą… kilku lektur. Dwie z nich chciałabym teraz przedstawić, są naprawdę warte polecenia.

Linnea w ogrodzie Moneta

Moje ukochane ogrodnicze książki z dzieciństwa. Czekają na półce na następne pokolenie.

Jeśli macie małe dzieci/wnuki, które chcecie uwrażliwić na świat przyrody (a w szczególności na piękno roślin), nie ma lepszego sposobu niż podsunięcie im tych książek. Pierwsza – klasyka – „Tajemniczy ogród” Frances Hodgson Burnett. W czasach gdy byłam mała, książka ta przeżywała swój wydawniczy renesans, ze względu na popularną ekranizację Agnieszki Holland. Lektura jest oczywiście lepsza, ale film też ma zasługi w utrwalaniu mojej miłości do ogrodów. W „Tajemniczym Ogrodzie” jest wszystko, co kochają małe dzieci: tajemnica, historia przyjaźni, i czarny charakter, który zostaje pokonany. Głównymi bohaterami są dwaj chłopcy i dziewczynka, co czyni ją opowieścią uniwersalną. Szczególnie, że z trójki bohaterów to właśnie chłopiec, Dick (a nie dziewczynka Mary), zna się na roślinach, kwiatach i umie znaleźć wspólny język ze zwierzętami. Czy Wasi synowie uważają, że kwiatki i ogródek to zabawa dla dziewczyn?

Obrazek(Kadr z „The Secret Garden” Agnieszki Holland)

Druga ukochana przeze mnie książka z dzieciństwa jest o wiele mniej znana, ale o dziwo wciąż dostępna w sprzedaży. Dokładnie tak samo wydana, jak mój egzemplarz sprzed dwudziestu lat. „Linnea w ogrodzie Moneta” o której mówię (autorstwa Christiny Björk, z ilustracjami Leny Anderson) to zdecydowany must-have dziecięcej biblioteczki. Jeśli chcecie by Wasze dzieci podczas następnych wakacji chętniej poszły do galerii sztuki niż do lunaparku, i aby z zainteresowaniem odwiedziły zabytkowy park lub powiedzmy… np. ogród w Żelazowej Woli, to jest to książka, którą powinniście im dać. Tytułowa Linnea wyrusza z rodzinnej Skandynawii do Paryża i Giverny, śladami słynnego francuskiego malarza ogrodów – Claude’a Monet. Brzmi nieco nudnawo, ale narracja i cudowne (sic!) ilustracje sprawiają, że chciałoby się dołączyć do Linnei przeżywać przygody razem z nią. Z czarnowłosą dziewczynką odkrywamy dramatyczne losy Moneta i jego dzieci (miał ich kilkanaścioro), dowiadujemy się dlaczego tak często malował swój ogród, co konkretnie w nim posadził, itd.

Obrazek

(Strony książki dla dzieci z „Linnea w ogrodzie Moneta”)

Gdy przeglądam mój stary egzemplarz książeczki o Linnei, towarzyszy mi jeszcze jedno wspomnienie. Jestem niemal pewna, że to właśnie po tej lekturze narodziła się moja fascynacja malarstwem. Z punktu widzenia dziecka, jakim wówczas byłam, impresjonizm wydawał się niczym innym jak tylko oficjalnym nurtem reprezentującym mój własny styl malowania. Nonszalancko „napaćkana” farba, nakładana prosto z tuby lub palcem, rozmyte kontury i symboliczne punkty, czy kleksy… Po lekturze „Linnei w ogrodzie Moneta” wydawało mi się, że potrafię namalować plakatówkami każdy kwiatek, i że robię to tak dobrze jak dziewiętnastowieczny maestro. Książka kończy się dość nostalgicznie, bo Monet umiera, a Linnea wraca do domu. Bohaterka tworzy pudełko „skarbów z podróży” i korkową tablicę na pamiątki: zasuszone różyczki, bilety do Luwru. Podsumowując – pozycja wydawnicza raczej dla dziewczynek, i to tych o romantycznej duszy. Lektura zdecydowanie nietuzinkowa i rozwijająca wrażliwość na piękno (mam nadzieję, że to nie brzmi jak zakamuflowane przechwałki, bo w końcu to ja czytałam będąc dzieckiem…. ;)))) Dla poważnie zainteresowanych zamieszczam jeszcze link do strony autorek tej kultowej powieści. Jest tam cały making-of ze wspaniałymi ilustracjami.

Claude Monet

Claude Monet, „Ścieżka pod różaną pergolą”, 1918 – 1924 r.

2 komentarzy do “Mała ogrodniczka

  1. Pingback: Martwa natura z … butem | Weekend w ogrodzie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *