Newsy / Opinie

Ogrodnicza blogosfera komercją stoi?

Przyznam się wam do czegoś. Przez chwilę zastanawiałam się, czy nie przestać blogować o ogrodach. Mam przewrotną naturę i gdy widzę, że coś robi się zbyt popularne, mam ochotę pójść w zupełnie inną stronę. Nie chodzi o to, że blogów ogrodniczych zrobiło się zbyt wiele. Chodzi raczej o to, jakie one się stały.

6a0120a5102858970b0120a8d9cbb4970b-800wi

NOTE: Ogrodniczy bloger musi być znany, piękny i mieć koszulę pod kolor rabatki.

Dziś trafiłam przypadkowo na wypowiedź facebookową dziennikarki i podróżniczki, komentującej fakt, że jej blog trafił do rankingu najbardziej wpływowych blogerów 2015.

„Siedzę i nie wierzę. Ale też bardzo, bardzo, bardzo się cieszę. Nawet nie tylko z samego wyniku. Ale dlatego, że zaczynają się liczyć wartości, a nie tylko kliki, lajki i sztucznie napędzany ruch.”

powtórzmy:  „zaczynają się liczyć wartości,

a nie tylko kliki, lajki i sztucznie napędzany ruch”

SERIO?

Szybko weszłam na stronę  jasona hunta, autora owego rankingu. Ani jednego bloga ogrodniczego w zestawieniu. Im dalej czytałam, tym bardziej robiło mi się niedobrze. Liczby fanów, liczby lajków, liczby followerów. Potem są już tylko tabelki na temat wartości rynkowej blogerów. Przy tabelce oceniającej AVE (wskaźnik tzw. ekwiwalentu reklamowego) myślałam, że naprawdę mi się uleje. Naprawdę dobrze, że nie ma tam ogrodników. Ogrodnicy blogują z pasji, nie dla wartości rynkowej, prawda?

Mój blog nie jest w swojej nazwijmy to „branży” najstarszy. Ba, nie jest nawet stary! No właśnie. Jest wiele blogów o ogrodach ze słusznym stażem. Blogów pionierskich, które zapewne krzewią ogrodniczą wiedzę, inspiracje i porady od czasów, gdy ja dopiero odkrywałam potrzebę dzielenia się swoją pasją online. Co się stało, że w tej uroczej różnorodności nagle wszyscy się do siebie upodobnili? Niestety, moja smutna obserwacja jest taka, że następuje powolna homogenizacja internetowych treści. Nagle publikujący w sieci ogrodnicy-autorzy chcą być bardzo „pro”. Mieć logo, motto, elegancki interfejs, fanpejdż na facebooku, ładny adres. Zapytacie pewnie: czemu nie?! To jeszcze nic złego. Własny design witryny jest lepszy niż szablon. Nie ma też niczego złego w opisywaniu tych samych zjawisk, czy udzielaniu porad na podobne tematy. Spójrzcie na blogi kulinarne – jakoś nikomu nie wadzi, że otwierają się kolejne, z tym samym przepisem na szarlotkę. Martwi mnie co innego: brak autentyzmu. Bo równolegle z metamorfozą blogów na bardziej „pro”, zachodzi inne niepokojące zjawisko. Blogi wielkich koncernów robią się… przystępne? Swobodne? Stylizowane na amatorskie? Nic mnie tak nie smuci, jak post wykreowany przez grupkę speców od e-marketingu, udający poradę dziadunia-działkowca. Przeraża mnie, że z ogrodniczych firm najwięcej fanów na facebooku ma jakiś producent chemii. Jego stockowe zdjęcia niemieckich rabatek zbierają tysiące kciuków w górę. A „prawdziwi” ogrodnicy i fotografowie roślin ciułają lajk do lajka. O co tu chodzi?

sss

Coraz trudniej odróżnić autentyczne treści od tego, co wymyślone dla kasy i popularności.

Teraz, gdy czytam posty innych blogerów, od razu zastanawiam się, ile w nich autentycznej pasji, chęci dzielenia się wartościowymi doświadczeniami, a ile wykalkulowanego działania marketingowego, takiego by trafić do rankingu „najbardziej wpływowych”. Piszą o tym co lubią, czy o tym co będzie chętnie czytane? Można im w ogóle wierzyć? A może piszą o tym, co łatwo przekieruje na stronę ich ogrodniczej firmy czy do sklepu w którym sprzedają swoje rośliny? Na szczęście nie ma tragedii – moim zdaniem wciąż jeszcze stosunkowo łatwo rozpoznać motywacje autorów. Ktoś, kto pisze o ogrodniczej historii, to raczej nie robi tego dla lansu czy dla pozyskania klientów. No chyba, że klientem jest zgromadzenie zakonne, które chce odtworzyć średniowieczny wirydaż.

Są też oczywiście tacy, którzy wprost mówią o zarabianiu na blogach, i do niego namawiają. Pewnien bloger zaskoczył mnie niedawno wpisem, w którym namawia innych ogrodników-blogerów do stworzenia komercyjnej platformy do zarabiania pieniędzy. Argumentuje swój pomysł czymś w stylu „duży może więcej”. Korci mnie by odpowiedzieć na tą propozycję złośliwie, np. przypominając że najpopularniejsze blogi w Polsce traktują o chamskich żartach i pornografii – to najkrótsza droga do zarabiania pieniędzy, i nie trzeba mieć nawet ogródka! Ale nie będę taka niedobra, i posłużę się metaforą ze świata kulinarnego. Obawiam się, że robienie bloga dla pieniędzy, podobnie jak zrzeszanie się w sieci dla pieniędzy, jest krótkowzroczne. Tak jak w mnożących się blogach o żarciu, przetrwają te najlepsze. Najlepsze, nie koniecznie znaczy najbardziej popularne. W dobie homogenizacji i komercjalizacji, wygra wyjątkowość i autentyzm. Prawdopodobnie blog o kotlecie schabowym ma więcej odwiedzających, niż bardziej oryginalny dziennik kuchenny jakiejś fanki kuchni azjatyckiej. Ale ostatecznie – kto raz zje schabowego i popije zupką instant Knorra, ten prędko nie wróci w to samo miejsce po kolejny e-przepis. Rozumiecie?

Bez tytułu

Gdy blog z hobbystycznej witrynki zmienia się w narzędzie do promowania biznesu, trzeba uważać. Osobiście sto razy bardziej lubię czytać tych internetowych ogrodników, którzy mają swój styl, niekoniecznie profesjonalny. Lubię tych którym zdarza się przeoczyć literówkę, opublikować średnio ładne zdjęcie. Na przykład takich jak David Marsden z Anxious Gardener z Anglii, który często myli przycisk „pogląd” z „opublikuj” i przez to postuje jakieś obciachowe szkice. Lubię tych, którzy jeśli wspierają blogowaniem swój biznes (np. projektowanie ogrodów), to nie próbują być ogrodniczą Wikipedią. Nie piszą o wszystkim, ale omawiają sprawy, na których rzeczywiście się znają, ewentualnie dzielą się oryginalnymi pomysłami z WŁASNEGO ogródka. I przede wszystkim, mają do siebie i swojej pracy dystans. Piszą o porażkach, pomyłkach, przyznają się skąd „ukradli” pomysły i komu zazdroszczą. Takie blogi są zdecydowanie bardziej „ludzkie”! Nieznaczy to, że bojkotuję blogi profesjonalistów np. architektów krajobrazu czy szkółkarzy. Nie! Ja po prostu ubolewam, że tak niewiele z nich pozostaje oryginalna. I prawie na nie nie zaglądam, bo mnie nudzą. Większość niestety goni za jakimś komercyjnym wyobrażeniem o fajnej stronie www. A ja bardzo chętnie czytałabym np. bloga hodowcy choinek, który opisuje swoje doświadczenia wynikające z tej pracy. Jak pisze o gatunkach, pielęgnacji, o swoich ogrodniczych przygodach z iglakami. Nie musi mieć ładnego layoutu… Cóż, miałam wrażenie, że w okresie Bożego Narodzenia o choinkach pisali chyba wszyscy.

6136_m644

Średnio udany projekt z Chelsea Flower Show. Nazwisko autora przepadło w gąszczu informacji.

Sztampa dotyka nie tylko ogrodniczych blogerów. Niestety dotyka też ogrody. Takie życie. Jedną z najsmutniejszych rzeczy jakie widziałam ostatnio, była tablica z ogłoszeniem „Projektowanie ogrodów. Brukarstwo”, zilustrowana zimozielonym klombem z przewagą cyprysików, obwiedzionym kostką bauma. Patrzyłam na nią z okna samochodu, gdy dotarło do mnie, że mimo tendencji na profesjonalne ogrodnicze witryny, wypasione zielone blogo-portale itp., wciąż naokoło króluje ogrodnicza miernota. Mimo lansowania na blogach dobrych wzorców, wciąż jest w ogrodach wiele do zrobienia. Ludzie wybierają bardzo tradycyjne rozwiązania. Używam tutaj słowa „tradycyjne” by nikogo nie urazić, ale mam na myśli estetyczną niedoskonałość. Polacy wolą betonowy płot, niż otwartą przestrzeń. Wolą ogrody bezobsługowe i żywopłoty odgradzające od sąsiada, zamiast kolorowych rabat i roślinnej harmonii. Jest więc pole do popisu dla blogerów i przestrzeń do edukowania czytelników, nawet jeśli będzie to oznaczało kilkadziesiąt podobnych blogów w sieci. Nie wiem czy słusznie daję sobie prawo do bycia takim znawcą tematu, i czy uprawnione jest moje kreowanie się tu na inspirację dla innych – mam nadzieję że tak. To tylko moja opinia, w dodatku chciałabym się mylić. Oczywiście każdy robi co chce, jak widać ogrodnicze kotlety schabowe i kebaby w Polsce są bardo popularne. Nie trzeba być nawet Turkiem, by zostać królem kebabów!

Liczę jednak, że moje postulaty (np. by myśleć o ogrodach jako o całości z otaczającym krajobrazem, by nie sadzić żywopłotów z tui, by interesować się bylinami i nie sprzątać wszystkich uschniętych roślin na zimę) mają swoich amatorów i zwolenników. W głębi duszy nawet wiem, że tak jest, bo dostaję przecież od Was prywatne wiadomości. Emailem, czy na facebooku. Ja moich „fanów” na facebooku nie kupiłam, sami do mnie przyszliście. I dlatego będę dalej dla Was pisać.11099799_10207813632444629_6323148364333019434_n

Ach, zapomniałam dodać – mam też słabość w postaci potrzeby chwalenia się. Lubię przekazywać co mi chodzi po głowie i dzielić się tym, co wydarzyło się w moim ogrodzie. Dlatego nadal będę pisać o „weekendach w ogrodzie” na lubelskim wzgórzu porytym wąwozami, i o interesujących „zielonych” sprawach które zauważę. Chcę was też zapewnić, że ten blog powstał wyłącznie z mojej osobistej, wewnętrznej potrzeby. Blogowanie jest po prostu przyjemne. Jeśli polecam Wam jakiś produkt czy firmę, to wiedzcie, że robię to, bo autentycznie ją znam, lubię i sprawdziłam. Możecie mi zaufać. Wiedzcie też, że jeśli polecam jakiegoś blogera, to dlatego że go czytam i cenię, a nie dlatego że jest moim kolegą. Te sprawy nigdy się nie zmienią. Z tą myślą Was zostawiam. Jeśli się nie zgadzacie – napiszcie w komentarzach :p

Xoxox

Pola

 

36 komentarzy do “Ogrodnicza blogosfera komercją stoi?

  1. Całkowicie się z Tobą zgadzam! Znam takie blogi… czytałam je kiedyś z wielką przyjemnością a na kolejny wpis czekałam z podekscytowaniem… Teraz aż żal tam zaglądać… same reklamy i „lokowanie produktu”, ambasador marki… żenada…
    A do Ciebie bardzo lubię zaglądać i, nie ukrywam, poinspirować się 🙂
    Pozdrawiam!

  2. Zanim przejdę do rzeczy, powiem „cześć” 🙂 zaglądam do Ciebie od jakiegoś czasu, ale to chyba mój pierwszy komentarz.

    Zgadzam się z Tobą w każdym calu! Niestety komercjalizacja dotyczy nie tylko blogów ogrodniczych, ale wszystkich. Teraz po prostu przyszedł czas na ogrodnicze, które zrobiły się bardzo popularne, jak samo ogrodnictwo. I ta popularność to nic złego, ja z niej sie cieszę, bo mój ogród pochłonął mnie dopiero jakies trzy lata temu (wczesniej po prostu byl, zadbany, ale bez pomysłu, kolejny obowiazek), wiec caly czas szukam inspiracji, porad i pomysłów. Ale szukam przede wszystkim autentyczności, a o nią bardzo trudno. I właśnie dzieki tym poszukiwaniom, trafiłam do Ciebie i zostalam. Podoba mi się, ze czuje pasje, milosc do roślin, chęć dzielenia sie swoim ogrodem – to napędza mnie do pracy w moim, a nie reklamy, równiutkie grządki i ekspercki ton narzucony przez reklamodawcę. Bo zauwazylam, ze im bardziej blog robi sie popularny, tym mniej przyjacielska atmosfera, ze inne zdanie jest wyszydzane, kasowane. Denerwuja mnie, podobnie jak Ciebie, piękne, czyste, w słodkie wzorki łopatki (w trakcie prac w ogrodzie moje narzędzia nigdy nie są czyste, a nawet najlepsze po kilku uzyciach nie lśnią na różowo, a rekawice zaczynają sie przecierac), te stylizacje, o których wspominasz – zawsze z koszem pełnym świeżo zerwnanych kwiatów… Tak to niestety nie wygląda 🙂 mam tylko nadzieje, ze te naprawde wartościowe miejsca w sieci nie zmienia sie i nie dotknie ich plaga kopiowania, jak zdarzyło sie wielu innym miejscom w sieci. Na przykład dzisiaj na dwóch różnych blogach wnetrzarskich przeczytałam, ze jego autorkom znudzil sie wzór gwiazdek (i dzieki Wam za to, bo mnie juz dawno), a na każdy blogu kulinarnym jesienią trafialam na ten sam przepis na chipsy z jarmuzu z takimi samymi zdjęciami. I najgorsze! Brak tematycznych blogow – wlasciwie wszystkie sa juz lifestylowe, z tymi samymi kategoriami wpisow (najswiezsza plaga: cotygodniowe zestawienia inspiracji i ulubiencow + zdjecia z instagrama). Masa zdjęć, banerów, praktycznie żadnej treści – tak zaczyna wyglądać blogosfera. I to jest smutne. Ale jak juz trafi sie do miejsca, z którego bije szczęście, pasja, w pełni autorskiego, nawet bez loga, szablonu i profesjonalnych zdjęć, to radość z takiego znaleziska jest ogromna 🙂

    • Ojej. Nie wiem od czego zacząć. Może najpierw podziękuję za komentarz – zawsze mi poprawiają humor. Druga myśl jest taka, że chyba mało wiem o innych blogach, bo nie zauważyłam tych niewesołych tendencji o których mówisz, na szeroką skalę. Może mało śledzę… mam swoje ulubione strony które czytam, i tyle. Z rankingu kominka kojarzyłam może 3 blogi (jeden podróżniczy subskrybuję).
      Nie chciałam by ten wpis zabrzmiał jak potępienie dla zarabiania dzięki blogowaniu. Chodziło mi o styl w którym się w ogóle do tego tematu podchodzi. Moi ulubieni blogerzy nie stosują product placement (i jak rozumiem Twoi także). Co do tzw. lifestyle – jest coś, czego mi w polskim ogrodnictwie i ogrodniczych blogach brakowało. Sama szukałam w sieci inspiracji, ale mogłam je znaleźć tylko u zagranicznych autorów. Polscy blogerzy głównie pokazywali zmagania z materią i porady dotyczące uprawy. Ja zaczęłam pisać o tym co ładne i co mi się podoba, m. in. dlatego że lubię ładne rzeczy, lifestyle właśnie. Chciałam pokazać ludziom że plastik warto zamienić na drewno, i że przyjemnie jest mieć ładne rękawiczki… nigdy jednak nie sądziłam że sprawy zajdą aż tak daleko. Nie wiedziałam, że teraz co drugi blogger ma taką samą rubryczkę… o nie! heheh. Zobaczymy w jakim kierunku blogosfera ogrodnicza pójdzie. Na szczęście jest jeszcze kilka „wyluzowanych” osób które pokazują swoje ubrudzone ziemią paznokcie, i nie przejmują się, że ich ogród jest daleki od ideału z gazety. Dzięki takim blogom wiem, że mimo wszystko ta część blogosfery się czymś różni od innych. I to nie przypadek, że nie ma nas w rankingach 😉 Pozdrawiam serdecznie :)))) ps. Początki fascynacji ogrodnictwem zawsze są wspaniałe, pamiętam to uczucie „wkręcania się”.

      • Ja też uwielbiam piękne rzeczy i sama mam rękawice w kwiatki, ale tak jak mówisz to wszystko poszło za daleko 🙂 zarabiania na blogu tez nie potępiam (mam przyjaciółkę, która w dużej części z bloga sie utrzymuje i wiem jaka to ciężka praca, a bardziej ciężka, kiedy chcesz zarabiać nie sprzedając sie wszystkim :)) po prostu potrzebuje konkretów i potwierdzenia, ze brudne paznokcie i kilka chwastów więcej jest ok 😉
        Teraz ja mam wrażenie, ze zabrzmialam za ostro, a nie o to mi chodziło! To chyba z tego entuzjazmu, ze myślę podobnie 🙂
        PS To wkręcanie sie to ogromna radość, zabawa i przygoda w jednym 🙂 Czas mam wrażenie, ze oszalalam (jak w październiku, gdy trzy dni nie robiłam nic innego tylko sadzilam cebulki kwiatów – a ogród mam malutki – albo gdy poprosiłam na Gwiazdkę o nowa taczkę), ale nawet jesli, to wcale mi to nie przeszkadza 😉

  3. no to biorę się do poprawiania humoru 🙂
    wiesz, że czekałam na ten wpis, i nie zawiodłam się, bo są w nim rzeczy dla mnie nowe- oprócz tych znanych.
    O „spłaszczaniu” ogrodów (wszyscy to samo, wszędzie te same rośliny, wszędzie bezobsługowo, ogrody urządzane przez brukarzy, uboga i bezpieczna oferta szkółek) wiem z pierwszej ręki.
    Teraz obserwuję to na blogach ogrodniczych, Ledwie zaczęły być popularne (pięć lat temu, jak zakładałam bloga, zastanawiałam się, na jakiej platformie go umieścić, bo nigdzie nie było kategorii ułatwiającej wyszukiwanie!), a już wszyscy piszą o tym samym, sezonowo, płytko, żeby się nie napracować, a mieć wpis „zaliczony”. Mało w tym autentyczności, mało ogrodnictwa, jeżeli jest wiedza, to chyba mało kto ma ochotę, aby się dzielić. Chętnie bym przeczytała jakiś mięsisty wpis niebędący opisem siania rzeżuchy ani ogłoszeniem czy reklamą.
    Czasem wolę już te stockowe fotki niż te 150 nieostrych i takich samych zdjęć z telefonu.
    Nuda, pani, nuda. Z punktu widzenia reklamodawcy- za co tu płacić? a jednak.
    Nuda jest tam, gdzie nie ma pasji, prawdaż?

    • Moim zdanie nie jest aż tak nudno. Mam nadzieję że moja i Twoja krytyka wpłyną niektórym na ambicję, i że nie zawiedziemy się. Zaraz się okaże, że nie starcza mi czasu na śledzenie nowych świetnych wpisów kolegów 🙂

  4. Masz bardzo bliskie mi podejście do tematu „ogrodowania” 🙂
    Trochę jakbym czytała swoje myśli w tym wpisie. Nadmierna komercja sprawia, że bitwę wygrywa kilkoro dużych, a dla reszty „rynek” się kurczy. To tak jak w handlu. Dla mnie to nie jest jednak najważniejsze. Nie chcę i nie będę pisać o niczym pod publikę, ani kupować hurtem lajków.
    Może to inne podejście wynika z tego, że dla mnie blog to nie praca. Ogród to tylko i aż hobby, więc nie mam presji przeliczania czegokolwiek na pieniądze, bo ja w inny sposób zarabiam na życie.

    • A mnie się wydaje, że rynek się nie kurczy. Po prostu do tych mniejszych, a za to bardziej autorskich blogów trafi inny, zawężony targetgroup. Można iść w ilość, albo w jakość. Są różne rodzaje produktów, nie wszystkie masowe 🙂 Te „dla wymagających” będą chciały się reklamować na blogach opartych na autorytecie autora, nie na sztucznie wykreowanym zasięgu.

  5. Temat ważny, przepływający ostatnio przez różne blogi. Seniorką blogową będąc i w zasadzie zastanawiając się w jakiej grupie blogów ogrodniczych się lokuję, napiszę, że w dużej mierze to czytelnik wpływa na blog, blogera i treści. Jest tak, że teksty rzetelne, trudne, merytoryczne nie znajdują odzewu, nie są nawet doczytywane do końca…. Zaczyna się pisanie „sobie a muzom’. Kogo obchodzi dziś prawidłowe nazewnictwo, prawidłowa terminologia, poszanowanie środowiska? Więc po co sprawdzać, czytać, porównywać, skoro najlepsze pomysły mogą być ukradzione, przepisane, wykorzystane bardziej komercyjnie przez innych. Ja bardzo wyraźnie widzę konkurencję w złym tego słowa znaczeniu….
    Z drugiej strony: rzetelne prowadzenie bloga wymaga wiele czasu, ktoś kiedyś policzył, że jest około pół etatu i myślę, że tak to jest. Wymaga też inwestycji (choćby w aparat fotograficzny, program graficzny, książki), co złego więc w zarabianiu na własnej wiedzy i doświadczeniu, którą się ma? Niestety niewiele firm, które proponują zarabianie oczekuje rzetelnej wiedzy, ale tysiąca lajków…
    Więc zostaje pasja i o tej pasji sobie piszemy, puszczając nasze przemyślenia w przestrzeń, z nadzieją, że gdzieś tam na końcu kabla lub bezprzewodowego łącza istnieje ktoś, kto ucieszy się tak samo jak ja z jakiejś niszowej opowieści…

    • Magdo mogę tylko powiedzieć, że u Ciebie pasję czuć, czuć też wiedzę i „inne” spojrzenie na rośliny. Uwielbiam jak piszesz o siedliskach, biotopach i innych rzeczach w sposób bardziej ambitny. Coraz większy jest dostęp do tej wiedzy ogrodniczej na poziomie „basic”, i myślę że przybędzie ci z czasem czytelników bo ludzie będą szukać czegoś ponad przeciętne info. To dotyczy również precyzyjnej terminologii i biologicznej nomenklatury. Pozdrawiam.

  6. Mam pewne mieszane odczucia w związku z tym tekstem. Z jednej strony rozumiem o jakim zjawisku piszesz, a z drugiej… Nie łączyłabym „profesjonalizacji” rozumianej jako zadbanie o spójność wizualną prowadzonego bloga i dążenia do tego, aby fotografie były coraz lepsze od razu z tym, że strony te tracą swój charakter. Dla mnie osobiście niezwykle ważna jest strona wizualna. Dużo przyjemniej mi się czyta posty w otoczeniu jednolitego tła i czcionki wybranej z głową. Pamiętasz co było na początku? Ach ten przepych! Te listki i różyczki w tle uniemożliwiające czytanie tekstu dłuższego niż pięć linijek 🙂 Te wyskakujące banerki. Bardzo się cieszę, że to już za nami.

    To, że sztaby marketingowców tworzą teksty stylizowane na dziadunia? Cóż, za to im płacą 🙂 Kiedy mam podejrzenie, że coś nie jest autentyczne wchodzę zwykle w zakładkę „o mnie” i widzę jak na dłoni czy „Pan Marek przeprowadzi Cię przez meandry ogrodnictwa” czy „Cześć, mam na imię Marek… i tu historia ogrodu”. Niebezpieczeństwo widzę tylko w jednym momencie (też to dostrzegłaś): kiedy autentyczny Pan Marek rozpoczyna współpracę z producentem nawozów. I już niczego nie mogę być wówczas pewna 🙂

    W zarabianiu na blogu nie ma (moim zdaniem) nic złego. To jest zawsze kwestia wyboru co jest dla nas ważniejsze. Osobiście, myślę gdzieś bardzo bardzo do przodu nad tym co zrobić ze swoim życiem i byłabym bardzo szczęśliwa mogąc zarabiać na tym co lubię. I nie mam tu na myśli współpracy z agencjami, ale gdybym nagle mogła sprzedać (dzięki blogowi) nadwyżki z mojego ogrodu albo wyroby własnych rąk… albo nawet piękne narzędzia ściągane skądś tam, których mi brakuje… Nie miałabym żadnych oporów i nie czułabym, że oszukuję swoich czytelników czy też traktuję ich przedmiotowo. Wpadłby mi wówczas grosz, który mogłabym przeznaczyć chociażby na własną (w końcu) domenę 😉

    Mnie zastanawia w rozwoju blogów ogrodniczych coś zgoła innego. Ja kocham ziemię, lubię pracę ogrodnika, lubię dzielić, rozmnażać, lubię pracować nad glebą. Sprawy projektowe są dla mnie gdzieś z boku, choć i zainspirować się lubię i narysować rabatkę (a co!) . Martwi mnie jednak, że część blogerów traktuje zawód projektanta jako coś powyżej zawodu ogrodnika. Jako jakiegoś rodzaju awans. I tak nagle ktoś, kto do tej pory pokazywał jak szczepić rośliny czy opisywał „sianie rzeżuchy” staje się „projektantem” i mówi co jest trendy. Wkurza mnie to! Chcę oglądać pryzmy obornika i czytać o różnicy między plackiem zebranym z łąki a tym zabranym ze stajni 🙂 Być może to też dzieje się naturalnie, a ja mam po prostu za mały staż żeby to zrozumieć 🙂 Wszak jeszcze dziesięć lat temu na wszystkie iglaki mówiłam „choinka” 🙂

    Ojej! Znowu się rozpisałam. I to jeszcze jak niespójnie! No nic, zostawię pozdrowienia w takim razie 🙂

    • Bardzo dziękuję za ten komentarz. Zaskoczył mnie on. Widzę teraz, że emocjonalność przy pisaniu postów nie popłaca – byłam mało precyzyjna i najwyraźniej niechcący dokuczyłam nie tym, którym (troszkę) zamierzałam. Myślę jednak, że mimo wszystko mój wpis pozwoli nawet osobom zadowolonym z tego że ich blogi idą w kierunku komercyjnym, spojrzeć nieco krytycznie na swoje poczynania. Głównym moim zarzutem było upodobnianie się blogów jeden do drugiego. Drugi zarzut dotyczył bezmyślnego galopowania za pieniędzmi. Nigdzie nie napisałam, że zarabianie na blogu jest złe, bo wcale tak nie uważam. Załamał mnie jednak wspomniany (nie podlinkowany by nie napędzać klików) pan blogger, który zwołuje kooperatywę bloggerską i chce handlować product placementem nawozów grupowo. Dla mnie to jest niemądre, przykre, smutne… nie wiem co jeszcze. Opisałam dość precyzyjnie o kim mówię i to jedyna osoba którą atakuję personalnie. Reszta to moje luźne refleksje które wynikają z dosyć ogólnych obserwacji, nie mam na myśli jednego czy drugiego bloga… chodzi mi o ogólne wrażenie, o tendencję.
      Co do strony wizualnej i dbania o wygląd naszych witryn. Uczepiłam się, ale kto widzi mój layout, moje zamówione u grafika logo i moje zdjęcia, które wykonuję analogiem (co zajmuje dużo więcej czasu i pochłania sporo pieniędzy), ten wie, że ja także celuję gdzieś wyżej. Nie potępiam ładnych blogów. Podobnie jak ty lubię ładne rzeczy, traktuję „Weekend w ogrodzie” jak moją wizytówkę, i dlatego staram się by było tu estetycznie. Nie wiem więc czemu poczułaś że moje zarzuty są kierowane przeciwko takim blogom jak Twój. Ja raczej ubolewam nad tym, że wszystko robi się jednakowe, że nie ma już granicy między tym co wykalkulowane, a tym co pochodzi z serca. Cieszę się że wywiązała się ciekawa dyskusja i cieszę się że są tacy, co się ze mną nie zgadzają – zawsze to przyczynek do weryfikacji własnego stanowiska. Pozdrawiam!!!!! P.

      • Pomyślałem, że wtrącę się nieco do dyskusji ponieważ pewne Twoje słowa i precyzyjne naprowadzenie jak piszesz, skojarzyło mi się z moją osobą.
        Tym bardziej, że jak również podkreślasz „to jedyna osoba którą atakuję personalnie”.
        To co chciałbym na wstępie powiedzieć, odnosi się przede wszystkim do tego, jak daleko galopujesz w swoim wywodzie. Stawiasz jakieś wyssane przez siebie twierdzenia „Załamał mnie jednak wspomniany (nie podlinkowany by nie napędzać klików) pan blogger, który zwołuje kooperatywę bloggerską i chce handlować product placementem nawozów grupowo”, na podstawie których budujesz cały negatywny przekaz.
        Po drugie artykuł (Nie było tam mowy o nawozach, o których wspominasz), na podstawie którego, budujesz swój negatywny odbiór był tylko i wyłącznie „zaproszeniem” do dialogu dla chętnych. I tylko w tym gronie będziemy próbowali dalej rozmawiać o szczegółach. Rozumiem, że dla Ciebie to „to jest niemądre, przykre, smutne… nie wiem co jeszcze”, ale mimo wszystko proponowałbym zaczekać z analizą. Tym bardziej, że o szczegółach nie wiesz ABSOLUTNIE NIC, a zapewniam Cię, że to o czym myślę dalece odbiega od Twojego pojmowania i wizerunku „tandetnej kampanii nawozowej”.
        Odnosząc się natomiast do samego zarabiania na blogu to również, jak cześć Komentujących, nie postrzegam tego jako coś negatywnego. Wszystko oczywiście zależy od formy, sposobu zarabiania, uczciwości i rzetelności przekazu. Jeśli to jest zachowane, czytelnik czerpie z tego jakąś korzyść, choćby wiedzę, a blogujący, za swój nie mały wkład, otrzyma jakieś wynagrodzenie, uważam to za uczciwy układ.
        Nie zgodzę się też z Tobą, że blogi ogrodnicze powinny zostać na poziomie „prymitywnych”, hobbystycznych, prostych stron, prowadzonych przez pasjonatów, dla których samo pisanie o roślinie jest szczytem marzeń i osiągnięć. I, że podnoszenie jakości blogów ogrodniczych to oznaka „zła”, „chamstwa”, „wyrachowania” itd., co, według mnie, wynika z Twojej analizy. To czysta bzdura.
        Zresztą spójrz na całą blogosferę. Na blogi kulinarne, modowe, paretingowe, podróżnicze czy jakiekolwiek inne. Czy ich również nie prowadzą pasjonaci? Ludzie, dla których, to co piszą jest często stylem i sposobem życia? I czy te blogi są brzydkie albo tandetne? Albo może nie przynoszą dochodów? I czy to coś złego? Czy tamten pasjonata czy hobbysta jest inny od pasjonaty ogrodnika? Czy może chcesz powiedzieć, że pasjonat ogrodnik to ma być taki „cieć” z brudnymi łapami, który ma grzebać w ziemi, a potem jak wstanie tak usiąść do komputera i na byle wyświechtanej stronie opisać co wygrzebał i jak mu minął dzień? Czy jak się umyje, czysto ubierze i na eleganckiej, profesjonalnej stronie, napisze post, to już nie będzie prawdziwy? Albo będzie sztuczny bo ogrodnik ma być brudny i śmierdzący oraz pisać byle gdzie, byle jak, z błędami i na byle czym żeby był prawdziwy? Jeśli tak to postrzegasz to niestety nie mogę się z Tobą zgodzić.
        Z drugiej też strony mam wrażenie, że trochę sama sobie zaprzeczasz. Bo piszesz, że ubolewasz nad tym, że wszystkie (większość) blogów ogrodniczych jest jednakowych i pisze się na nich właściwie to samo. Odgrzewa się stale te same tematy. A z drugiej strony przeszkadza Ci, że pewne blogi ogrodnicze lekko „zmieniają standardy”.
        Na zakończenie odniosę się też do Twojego stwierdzenia (kierunkującego wokół mnie), że zakładanie bloga dla pieniędzy jest „krótkowzroczne”. Pragnę Cię zapewnić i zarazem uspokoić, że mój blog wcale nie jest prowadzony z tego powodu. Uwierz mi, że czas, który na niego poświęcam, jest niewspółmiernie niedochodowy w stosunku do tego co robię na co dzień. Innymi słowy gdybym w prowadzeniu tego bloga upatrywał szansy „dorobienia się” to już dawno musiałbym chyba rozpocząć leczenie psychiatryczne. I to, że wspominam o zarabianiu w tym wpisie, który atakujesz, nie oznacza, że jest to motto czy motor bloga. To ma być niejako „efekt uboczny”, który jeśli przyniesie nawet 10zł dochodu da taką psychologiczną satysfakcję, że coś co się robi, daje efekty, także inne niż lajki. A, że na te 10zł trzeba rok pracować to się zupełnie nie liczy. Ważny jest fakt psychologiczny, który przede wszystkim daje motywację do dalszego blogowania. A to, że przez ten rok, w tym „straconym” na bloga hobbystycznym czasie, można było zarobić X razy więcej, pozostawię bez komentarza. Proponuję nie wrzucać wszystkich do jednego worka i nie mierzyć własną skalą. Czasem warto spojrzeć szerzej na bloga, zobaczyć co kto robi i czym się zajmuje, a potem definiować wnioski, że bloguje „dla pieniędzy”. A jeśli się tego nie robi, to lepiej pisać ogólnie bez podawania konkretnych przykładów.
        Pozdrawiam ogrodniczo. Tomek (nie podam strony aby „nie napędzać klików” jak piszesz).

      • @Tomku: figura retoryczna z handlowaniem nawozem przyszła mi na myśl, bo po wejściu na Twoją witrynę, pierwsze co widzę, to jest giga laurka dla firmy Agrecol. Dziwi mnie, że wycofujesz się teraz z bardzo jasnego przekazu jaki opublikowałeś wcześniej. Mówiłeś, że wystarczy duży zasięg, by zarabiać. Jednocześnie w kilka miesięcy „zdobyłeś” 10.000 fanów. Jako eks-social media manager (tak, znam inne blogi aż za dobrze, w sieci powinien jeszcze „wisieć” pierwszy wywiad prasowy z polskimi blogerkami modowymi w tym Maffką, mojego autorstwa) wiem, że takie liczby nie pojawiają się w krótkim czasie bez zainwestowania pieniędzy. Kupieni fani nigdy nie zastąpią zaś tych, którzy kliknęli „like” bez sponsorowanego zaproszenia, po przeczytaniu kilkudziesięciu Twoich wpisów i obejrzeniu Twoich zdjęć.
        Podkreślałeś, że na blogu można „uzyskać konkretne korzyści finansowe”… Poświeciłeś zagadnieniu cały wpis, jednocześnie nie mówiąc ani słowa o kryteriach merytorycznych jakie stosujesz wobec swoich przyszłych partnerów. Nie pisałeś, że można zarobić na blogu oryginalnym, najciekawszym czy, najmądrzejszym, tylko na takim który ma wielki zasięg. Jestem bardzo krytycznie nastawiona do takiego „ustawiania” rynku, i mówienia ludziom, że liczą się wyłącznie cyferki. Jak wiadomo zasięg można kupić. Kreatywnych wpisów, wiedzy, pomysłów już nie. Chyba że sobie wynajmiesz redaktora (tak tak, ludzie się będą zastanawiać kto stoi faktycznie za postami Tomka). Twój biznesplan ma moim zdaniem wady, nie chciałam jednak wchodzić ci w drogę i dlatego napisałam o tym u siebie. Zastanawiam się – czy z punktu widzenia klienta nawiązanie współpracy z Tobą rzeczywiście wpłynie na zwiększenie sprzedaży danego produktu? Wspominasz że oferujesz „przedstawienie właściwie każdego produktu czy maszyny stosowanej w branży ogrodniczej” – niezły rozmach… Czy polecenie czegoś przez Ciebie faktycznie spowoduje, że czytelnicy polecą do sklepów? Nie obraź się, ale ja nie. Za słabo cię znam, za krótko blogujesz, i mam poważne obawy, że będziesz polecał produkty, bo ci za to polecanie zapłacono.
        Zdecydowałeś się na bloga komercyjnego – proszę bardzo, Twój wybór. W pewnym sensie podziwiam z jaką odwagą się za to zabrałeś. Na pewno wiesz, że masz co najmniej dwóch konkurentów do bycia królem blogerów ogrodniczych z największym zasięgiem… Powodzenia 🙂

      • Widzisz jak to jest. W kilku elementach zdecydowanie jesteś „niekonsekwentna” i celowo powstrzymuję się od użycia mocniejszego słowa…
        Po pierwsze, piszesz, że „zarzut” o nawozach przyszedł Ci na myśl po wejściu na moją stronę i zobaczeniu laurki dla nawozów. Z góry zaznaczam, że jest to nieprawdą bo Twój komentarz był z dnia 21go z godziny 13.55 podczas gdy ten mój post „laurkowy” pojawił się tego dnia po godzinie 17! Czyli pierwsze Twoje… kłamstwo. Tak to właściwe słowo.
        Po drugie jak to określasz laurka to jest zwykły post, który po prostu wypada napisać i podziękować jeśli ktoś, coś, w sposób kulturalny przekazuje. Inaczej mówiąc prezent, nie mnie Tomkowi, ale mnie blogerowi. Więc ja, jako bloger, czuję się w obowiązku na blogu, podziękować… Tak mnie zawsze uczono jeśli chodzi o podstawy kultury… Masz prawo uważać inaczej.
        Po trzecie pisałaś, że celowo nie zamieściłaś, na moim blogu, swoich krytycznych uwag pod moim postem aby nie wywołać zamieszania (nie wchodzić mi w drogę). Niestety uważam, że właśnie takie coś byłoby uczciwe z Twojej strony, a nie „po cichu” na swoim blogu atakowanie i wytykanie błędów… Gdybym tu przypadkiem nie zajrzał nie miałbym nawet możliwości wypowiedzenia się i przedstawienia swojego punktu widzenia… To kolejny, moim zdaniem, nieuczciwy Twój ruch… Czy przypadkiem nie „pod publikę”? Skoro jej tak nie lubisz…

        Sprawa kolejna. Zarzucasz tym razem „zdobywanie” fanów, które oczywiście negujesz. A czy przypadkiem Twoim zdaniem (jako znawcy tematu jak piszesz), wszyscy na fb się nie „sprzedajemy”. Albo mówiąc delikatnie promujemy… Chociażby przez bywanie na takich czy innych branżowych stronach, lajkowanie, komentowanie, udostępnianie takich czy innych wpisów… Czy to nie jest przypadkiem „lokowany marketing”. I dlaczego on Twoim zdaniem jest inny, lepszy od innych form promocji strony….? Czy tylko dlatego, że jest mało skuteczny? I „boli” kogoś, że nie daje takich efektów jak ktoś sobie wyobraża… Dodam też, że nie mówię o „kupowaniu fanów” na jakiś aukcjach, bo to moim zdaniem głupota. Ale inne formy promocji (pokazania) strony na fb nie uważam za dziwne, skoro są i nie uważam też ich za różniącą się formę przekazu od tego co robi każdy (czytaj powyżej). Ogólnie fb to jedna wielka „ścianka pokazowo-marketingowa”, na której również Cię widziałem.

        Sprawa następna. To, że w moim wpisie pisałem o tym, że zasięgi są najważniejsze to jest tylko jedna z prawd. Najważniejsza. O tym, że wpisy muszą być merytoryczne, poprawne i mieć „to coś” nie wspominam bo to sprawa oczywista. Jednak można być mistrzem pióra, a jak nie ma czytelników, na nic się to zda. Więc w tym tonie wspominam o zasięgach. I z niczego się nie wycofuję jak sugerujesz. Zapewniam Cię też, że jeśli chodzi o mnie, to wszystko pisze samodzielnie, nie zatrudniam redaktorów jak sugerujesz. Być może to Twoje metody czy pomysły, ale
        jak pisałem wcześniej, nie oceniaj innych swoją miarą.

        Jeśli chodzi o sprzęt. Tak to prawda. Mogę wziąć, sprawdzić i wypowiedzieć się na temat każdego urządzenia ogrodniczego. Sam mam ich dziesiątki i wiem co się z czym je. Każdym traktorem mogę do Ciebie przyjechać… Jeśli chodzi o nawozy czy inną chemię tym bardziej nie widzę problemu aby zastosować i wypowiedzieć się nt. ewentualnych efektów, gdyby ktoś pytał. Mam w obsłudze dziesiątki hektarów parków i dziesiątki ogrodów, w których robię to i tamto więc wiem co mówię i wiem co mogę, a co nie.

        I na koniec taka moja myśl: cały Twój wpis i dalej rozwinięcie tematu w Twoich komentarzach to negowanie poszczególnych elementów. Wydaje mi się, że jak na „hobbystycznego ogrodniczego” bloga są to za daleko idące interpretacje. I nie do końca uczciwe metody wypowiadania się nt. branżowych kolegów. Mam tu na myśli chociażby wątek mój gdzie w kilku elementach co najmniej mnie obrażasz, sugerując chociażby tylko rzeczy, o których wspomniałem powyżej. Według mnie to obraz, który wyraźnie kłóci się z wspomnianą w Twoim poście idę niewinnego, czystego, mertytorycznego blogowania ogrodniczego.

        Acha. Mój blog nie jest komercyjny!!!. Jeśli kiedykolwiek zdarzy się jakaś komercyjna współpraca to nie znaczy, że blog się zmieni. W dalszym ciągu kręci się i będzie kręcił wokół tego co robię w branży ogrodniczej. I nie konkuruję z żadnymi blogami. Czy jest ich dwa, pięć czy dziesięć. Mam swój pomysł i idę według niego. Nie twierdzę, że dobry. Może się mylę w tym czy w tamtym. Ale nie dbam o to. Nie robię tego dla nikogo. Robię jak chcę i jak uważam. Przede wszystkim, w odróżnieniu od Ciebie, nikogo nie atakuję!!! I nie krytykuję!!!! Mimo, że jak piszesz ja działam „komercyjnie”, a Ty „hobbystycznie”. Z czym się oczywiście nie zgadzam.

        Również pozdrawiam i życzę lekkiego „ochłonięcia” z negatywnych emocji. Tym bardziej, że stoją one w wyraźnej sprzeczności z ideą bloga, którą lansujesz.

      • @Tomasz rozumiem, że czytając krytykę trudno się pohamować, ale mam prośbę byś przynajmniej u mnie na wallu powstrzymał się od obraźliwych wypowiedzi wobec gospodarza tej strony. Proszę też trzymaj się tematu tak jak pozostali, i powściągnij nieco objętość swoich postów które robią się dłuższe niż mój artykuł. To nie miejsce na opowiadanie o sobie i swoich dokonaniach. Od tego masz własny blog.
        Za miły email od PR-owca wystarczy podziękować również miły emailem. Nie trzeba od razu robić dedykowanego postu. Nie trzeba ale można. Rób jak uważasz, czytelnicy sami to ocenią.
        Ps. Nie zrozumiałam co to znaczy „jedna z prawd”. Myślałam że prawda jest jedna.

  7. Muszę przyznać, że mnie także poruszył ten artykuł. Sama nie jestem ani znana, ani piękna, a w ogrodzie pracuje w starym dresie. Bloga piszę w szablonie, bo inaczej zrobić nie umiałam. Piszę, o tym, co dla mnie ważne, wierząc, że może to być ciekawe dla innych. Staram się być po prostu sobą, wierząc, że to zapewni wystarczającą oryginalność, a tym samym czytelników (o choinkach nie pisałam!).
    Skoro jest tyle tych sztampowych blogów i ktoś je czyta, może to znaczy, że ludzie właśnie tego potrzebują..? Sama nie jem mięsa, ale wiem, ze dobry schabowy nie jest zły, byle to nie były tylko schabowe…
    Niestety, żyjemy w świecie, gdzie wszystko ma wartość rynkową, nie oszukujmy się, wszyscy w tym tkwimy po uszy i według takich kryteriów często nieświadomie już oceniamy świat i ludzi. Staram się przed tym bronić, nie ja jedna zresztą i wydaje się, że ogrodnictwo i blogowanie może być w tym doskonałą drogą. Ale kiedy zaczynasz, chcesz, żeby cię czytano, przepis na wzorcowy artykuł z podręcznika copywritingu naprawdę może namieszać w głowie, stąd także te sztampowe teksty.
    Myślę, że jest miejsce i na blog hobbystyczny i na blog promujący biznes, także zarabiający na reklamach. Oba mogą być dobre albo złe! I każdy może mieć swoich czytelników. Sama, tak jak Ty, Polu, najbardziej lubię te autentycznie pokazujące pasję, radości i zmagania. ale zaglądam też na profesjonalne blogi, z uwagą czytając teksty o kompozycji, stylu, historii sztuki ogrodowej, o błędach, jakie popełniają amatorzy, jak ja. Z pewnością autorzy wiedzą więcej ode mnie, choćby zrobili tylko 15 ogrodów, bo ja zrobiłam jeden.
    A fałsz i sztampę się dostrzega, masz rację, że kolejny prawie identyczny tekst jest nudny – po prostu wtedy tam nie zaglądam i już. Na szczęście, póki co, mamy wybór!
    Magdo – artykuły trudniejsze merytorycznie, podobnie jak książki, nigdy nie będą miały masowego odbiorcy – ale warto je pisać, nawet dla mniejszej grupy.
    Pozdrawiam!

    • Też myślę, że jest miejsce na wszystko. Są budki z kebabami, i przyjemne restauracje. W telewizji są filmowe arcydzieła, ale są też telezakupy mango. Tamaryszek w tej metaforze jest dla mnie oscarowym filmem obyczajowym, z elementami komedii romantycznej 😉 to chyba przez tego Karela Capka 😉

      • Wiesz, po swoim komentarzu poszłam na spacer z psem i całą drogę się zastanawiałam, czy i gdzie mój młody blog staje się sztampowy…
        Twoją opinię traktuję jako wyraz uznania od doświadczonej blogerki. Dzięki za Oscara, nawet jeśli trochę na wyrost!

  8. Bardzo dobrze, że ta dyskusja się odbywa w tylu miejscach, bo jest ważna. Moim zdaniem problemem nie jest zarabianie na blogowaniu. Płacę za wiele treści w Internecie i uważam, że twórcy treści intelektualnych powinni być wynagradzani. Problemem jest jakość treści, brak oryginalności, osobistego spojrzenia oraz profesjonalizmu.

    Posłużę się blogiem Ogrodnika Tomka, bo egzemplifikuje coś, o czym już kiedyś pisałam – że przy przejściu na komercję trzeba bardzo wnikliwie przemyśleć formę bloga, jego odbiorcę (próg wiadomości wstępnych niezbędnych do zrozumienia tekstu) i cel blogowania. IMO, u Tomka forma jest czytelnym komunikatem już na poziomie layoutu. Raczej spójnym, co jest dobre. Raczej nie dla mnie, co pewnie nie złamie autorowi serca, bo wyraźnie celuje w innych czytelników. Niemniej jeśli ktoś będzie skłonny zapłacić za kilka standardowych rad, jak mieć zadbany trawnik – to dla mnie OK., chociaż ja nie zapłacę, bez trudu sama docieram do takich treści. Profilowania treści redakcyjnych pod reklamę (np. artykuł redakcyjny, jak zrobić karmnik + reklama karmników w sklepie) – nie lubię tego, ale OK., pracuję z mediami od prawie 20 lat, więc wiem, jak świat działa. Wiem też, jak się wykorzystuje blogi, media społecznościowe etc. w budowaniu marki – i to też jest dla mnie OK., jak długo jest zachowana równowaga pomiędzy treściami merytorycznymi a sprzedażowymi. Bardzo dużo wątków autoerotycznych, czyli gdzie byłem, co opublikowałem, gdzie mnie pokazali – męczące, ale jako część strategii promocyjnej rozumiem. Dużo interaktywności, czyli plebiscyty sponsorowane, głosowania etc. – czyli znów promocja i budowanie społeczności.

    Czy taki blog jest pożyteczny? Jasne, może wciągnąć lub zainspirować kogoś, kto o ogrodnictwie niewiele wie. Czy zapłaciłabym za to? Nie, szukam głębszych treści, ale celowanie w masowego odbiorcę ma swoje prawa. Czy widzę tu potencjał marketingowy? Tak. Czy widzę zagrożenia? Tak, blog coraz wyraźniej przechyla się w stronę treści komercyjnych (np. artykuł o tarasie na dachu – ileż można pisać o zaletach wynajęcia odpowiedniej, doświadczonej firmy?).

    Słowem, życzę sukcesów, fortuny i występów u Wojewódzkiego (bez ironii, popularyzacja jest ważna). Ale nie chcę słyszeć, że kasa to wyłącznie produkt uboczny pasji. Nie neguję pasji, ale cały blog krzyczy, że kasa i sława mołojecka są ważne.

    Mój największy sprzeciw budzi utożsamianie komercjalizacji z profesjonalizmem. To są różne pojęcia. Nie wykluczają się, ale nie zawsze się łączą (podobnie jak kasa i pasja). Dla mnie profesjonalizm to głównie wiedza (i nie obchodzi mnie, czy ogrodnik wygląda jak cieć, czy ubiera się u Prady). Szukam głębszej analizy (czegoś, do czego sama nie dotrę w pięć minut) i osobistej refleksji podpartej doświadczeniem oraz praktyką. Nie lubię powtarzalności (np. trendoza, która dotknęła blogi ogrodnicze na początku roku), braku szacunku dla mojego intelektu i gwałtów zbiorowych na polszczyźnie.

    A właśnie. Polszczyzna. Ostatnio przeczytałam info o internetowym kursie (a raczej – Kursie) projektowania ogrodu. Gdybym dostała 5 PLN za każdy błąd językowy, jaki w tym info widzę, mam kurs za darmo i jeszcze dopłatę. W opisie bloga kłuje w oczy słowo „profesjonalny”. Po co się wygłupiać?

    • „Moim zdaniem problemem nie jest zarabianie na blogowaniu. Płacę za wiele treści w Internecie i uważam, że twórcy treści intelektualnych powinni być wynagradzani. Problemem jest jakość treści, brak oryginalności, osobistego spojrzenia oraz profesjonalizmu.” – lepiej bym tego nie ujęła 🙂

  9. Czytałam ten post już wcześniej, ale jak mam w zwyczaju musiałam się z nim przespać go przetrawić. Naszła mnie taka oto refleksja: kiedy blogi zaczynały się tworzyć w +/- 2007-2010 roku były pisane głównie jako pamiętniki, świadkowie wielu historii, kontakt mam zamkniętych w domach z malutkimi dziećmi ze światem… jak to zabrzmiało:) … ale wiecie o co chodzi – mały biały domek gdzieś na wsi bo taniej, małe dziecko, tato w pracy, mama na macierzyńskim, mama kreatywna, zaradna no to zakłada bloga (do tej pory sama czytała) i zaczyna pisać…czytelników coraz więcej, podoba się, ona jednak nie spoczywa na laurach, dziecko rośnie, ona się rozwija (kursik, lepszy aparat, nowe pomysły, szukanie swojej drogi, własna domena, reklamodawcy sami ją znajdują… no i nagle święte oburzenie – jak ona śmie lokować produkt! Jak może stawiać reklamy na swojej stronie! Jak może zarabiać? Wszak teraz nie jest autentyczna! Nikt nie zauważa, że lokuje produkty, których sama używa kilka lat, stawia reklamy firm, których produkty są od dawna obecne w jej domu czy ogrodzie – nadal robi to samo, ale tym razem na tym zarabia. Gdzie więc zatraciła swoją autentyczność? Może jedynie w tym, że robi remonty trzy razy częściej niż normalnie i nowe pomysły wdraża w życie z częstotliwością taką, jak jeszcze chwilę temu zmieniała pieluchy:) Jeżeli analogicznie bloger ogrodniczy robi to co robił, ale lepiej i z większą świadomością (bardziej profesjonalnie: strona, domena, logo, bardziej dopracowane teksty, lepsze zdjęcia (zlecone???), lokowanie tego czego i tak do tej pory używał więc nie łamie własnych zasad… nie widzę w tym niczego złego, a nawet uważam że to wskazane. Nic tak nie uwstecznia jak stanie w miejscu. Dwa najważniejsze słowa: świadomość i zasady. Świadomość tego, że jeżeli złamie się swoje zasady to traci się wiarygodność i jako bloger i jako przedsiębiorca. Generalnie można zwijać interes. Dlatego właśnie zarabianie na blogu może być niebezpieczne. Bo nie każdy powstrzyma się przed zarobieniem „kolejnej stówki” za polecenie czegoś, co nie jest warte polecenia, co kłóci się z wizerunkiem blogera i jego sposobu na życie, z dotychczasową uprawą warzywnika, z dotychczasowym nurtem projektowania. Mam nadzieję, że temat rozwinie się na Gardenii i będzie nie tylko kolejna prelekcja na ten temat, ale również czas na gorąca dyskusję i wymianę poglądów:)

    • I jeszcze jedno: czytujecie może blogi finansowe? Ot – jak oszczędzać pieniądze że tak mi przyszło na myśl? 🙂 Michał, autor bloga chcąc być fair i transparentny poinformował jakiś czas temu, że podjął się analizy lokaty bankowej. Na blogu miał banerek w który po przeczytaniu artykułu czytelnik mógł kliknąć i założyć taką lokatę jeżeli uznał ją za atrakcyjną. Michał napisał ile na tym zarobił – bez ściemniania. Napisał też, że poszedł sobie do kina w jeden wieczór, a jak z niego wyszedł, to ilość założonych w tym czasie lokat przełożyła się na zarobienie przez niego… 2640 zł. W osiem dni zarobił tyle, ile „złodziej albo idiota”w rok. Na rękę. Wszyscy mu gratulują, nikt nie zarzucił braku autentyczności. Że to finanse??? No i ??? Zobaczcie jego blog – czysty profesjonalizm, zero nadęcia, porady autentyczne dla Kowalskiego i Nowaka… nie ma się do czego przyczepić. A mógł pisać dla relaksu, dla zasady, jak rasowy altruista… Powodzenia Ogrodnicy:):):)

    • Czyli podzielamy ten sam punkt widzenia. Bo zarabianie na blogu, który zasłużył na uznanie i pozyskał „organicznie” czytelników (nie kupując pozycjonowanie i lajki) jest całkowicie dla mnie uzasadnione. Nie chodzi o to „czy” zarabiać na blogach, ale „jak” to robić w ramach jakiejś etyki. Popieram umieszczanie sponsorów bloga czy patronów w osobnych rubrykach i tworzenie stron „promocja” gdy decydujemy się na bardzo nachalne lokowanie. Nie jestem też przeciwnikiem szeroko pojętego „upgradeowania” blogów. Potępiam jedynie kopiowanie cudzych rozwiązań, upodabnianie się jeden do drugiego. Dawniej nikt nie miał scrollera… Teraz co drugi layout wygląda tak samo 😉

  10. A blog finansowy o którym mówisz znam. Sprawa była głośna. Osobiście uważam, że autor wykalkulował również szum który wywoła jego „niespotykana szczerość”. To było bardzo sprytne, bo faktycznie niczego mu nie można zarzucić, a na popularności tamtego posta „jedzie” do dziś 🙂 Ja jednak z usług wspomnianego banku nie skorzystam. Ps. Podobna historia ze świata Instagrama jest tutaj, polecam (modelka która miała 5 milionów fanów ujawniła prawdę o swoich „naturalnych” zdjęciach): http://www.theguardian.com/media/2015/nov/03/instagram-star-essena-oneill-quits-2d-life-to-reveal-true-story-behind-images

  11. „estetyczną niedoskonałość”Muszę zapamietać i wpisać do swojego słownika :)Nie piszę bloga ,prowadzę videoblog.Moja historia była zupełnie inna ,najpierw powstał internetowy sklep z roślinami naszej szkółki pózniej pojawiły się setki pytań od klientów (co z czym sadzić,co to znaczy doniczka p9,jak wyglądają rośliny jak je uprawiać i wieeeele innych)videoblog powstał tak naprawdę z braku czasu.Zdarzało mi się dyskutować z potencjalnym klientem godzinę czasu,poruszając przy okazji cały okres życia ogrodu osoby do mnie dzwoniącej. Uwielbiam kręcić te swoje filmy i zdaje sobie sprawę że do profesjonalizmu to im daleko.Jasne jest że przede wszystkim ma on na celu zbudować zaufanie do mojej firmy ale wierz mi bądź nie jestem w tym wszystkim prawdziwa.

    • Jeśli to ty Agnieszko, to poznałam cię osobiście, lubię twoje filmiki, i potwierdzam że jesteś prawdziwa! To co robisz jest akurat bardzo oryginalne – nikt chyba nie zaprzeczy. Widać, że nagrywasz w szkółce czy centrum ogrodniczym, nie jesteś manekinem jak wiadoma „Perfekcyjna” ogrodniczka o której pisaliśmy w zeszłym roku 😉 … zaraz… chyba że nagrałaś wideo w którym namawiasz do zarabiania na videoblogach? O czymś nie wiem? Hehe
      xxx
      P

  12. Ale gorąco! Kilka lat temu, kiedy zaczynałam przygodę było miło i spokojnie… Wydaje mi się, że zaczynają się dziać dziwne rzeczy i zaczynam nie rozumieć, o co chodzi. A jak nie wiadomo o co chodzi, to wiadomo… Dotarłam tu przez Megi i nie żałuję, bo u Niej MIMO, że profesjonalnie, to ciepło, złośliwie, mądrze i wesoło a tak lubię.

    • Rozmawiałam dzisiaj z moją przyjaciółką, zawodowym social media managerem w dużej korporacji, o zagadnieniu zarabiania na blogach „hobbystycznych” i komercji. Rzuciła nieco inne światło na sprawę. Jej zdaniem robienie kampanii na Facebooku jest jak wywieszanie afisza „hej, piszę bloga, może zajrzysz”? Ona nie widzi w tym nic złego. Jak dla mnie to jest dobre działanie, gdy się faktycznie oferuje jakieś usługi lub sprzedaje produkty. Rozumiem że szkółki chcąc znaleźć klientów robią kampanie i w ten sposób „kupują” zasięg. Przemawia też do mnie argument, że pieniądze blogerom się należą za wysiłek, pracę intelektualną i fizyczną, zwrot kosztów które ponoszą. Nie jestem natomiast pewna, czy fair jest robienie bloga który niby ma służyć dzieleniu się pasją, a w rzeczywistości jest kalkulowany od początku na zarobek. Chyba chodzi po prostu o uczciwe postawienie sprawy. Po tej burzliwej dyskusji myślę, że granice pomiędzy tym co jest fair a co nie, są niestety umowne. Nie neguję współpracy ze sponsorami czy zarabiani,a jeśli się osiągnęło popularność, ale uważam że trzeba to robić mądrze i bardzo ostrożnie (jeśli prowadzi się blogi hobbystyczne). Mam wrażenie że np. gdyby właściciel dobrze prosperującej pralni otworzył bloga i zaczął opisywać swoje doświadczenia o wywabianiu plam, a następnie podjął współpracę z producentem proszków do prania, nie miałabym obiekcji. Chyba dlatego, że w tym scenariuszu nie ma mowy o jakiejś kreatywności, czy wrażliwości artystycznej/ literackiej z jaką kojarzę pisanie o ogrodach.

      • Ps. Też gdy zaczynałam blogować, miałam wrażenie, że obyczaje w ogrodniczo-internetowmy światku się różnią od tych panujących w innych branżach. Wydawało mi się że jest autentycznie, że ogrodnicy to trochę inni ludzie, ceniący inne wartości. No ale komercja dotarła i tutaj :/ zaczynam to chyba akceptować powoli.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *