Byliny / Mój ogród / Ogrodnicze ABC

Podagrycznik i inne chwasty. Czy w ogrodach bylinowych konieczne jest nieustanne pielenie?

podagrycznik

Chwast zwany podagrycznikiem, w moim ogrodzie.

Uczestniczyłam niedawno w panelu warszawskich konsultacji społecznych w Bibliotece Narodowej. Rzecz dotyczyła parku Pole Mokotowskie. Próbowałam wykazać zgromadzonym, że generalnie w przestrzeni publicznej powinno się częściej sadzić bylinowe łąki. Siedząca obok dziewczyna wysłuchała jak zachwalam parki pełne bylin zaprojektowane np. przez Pieta Oudolfa na Zachodzie, po czym rzuciła: „Fajnie, ja też lubię takie bujne bylinowe rabaty, ale to jest bardzo kosztowne, bo pracochłonne w utrzymaniu”. Pracochłonne? Byłam w szoku. Wyjaśniła mi potem, że założyła sobie na działce „bylinową łąkę” licząc na bezobsługowy i efektowny ogródek, ale jej przedsięwzięcie szybko zamieniło się w koszmar. Rabata skończyła jako zaniedbany łan kwitnącego podagrycznika. Ogrodniczka z warsztatów uparcie twierdziła po tych doświadczeniach, że „Bylinowych łąk nie da się utrzymać”. Zaczęłam się zastanawiać – w jakim sensie miała rację? 

rabata gęste nasadzenie

idei bylinowych łąk towarzyszy rzekomy problem chwastów. Czy faktycznie jest aż tak źle? Czy nie ma ładnych bylinowych rabat, które bez stałego doglądania nie zostają opanowane przez chwasty? Gdyby bylinowe łąki (czyli naturalistyczne rabaty skomponowane z roślin wieloletnich i traw) były aż tak trudne w utrzymaniu, nie stawałyby się coraz bardziej popularne. Tymczasem na Zachodzie wykorzystuje się ich więcej i więcej, pisałam o tym tutaj. W kwestii radzenia sobie z chwastami na bylinowych łąkach, na początek polecam bloga Noela Kingsbury oraz świetną książkę „Dream Plants for the natural garden” autorstwa eksperta Pieta Oudolfa. Panowie ci zjedli zęby na projektowaniu bylinowych łąk, ich badaniu i opisywaniu. Co mówią o chwastach? Piet Oudolf poświęcił im (w szczególności podagrycznikowi) osobny rozdział. Fakty są nieubłagane – tam gdzie jest żyzna i dobrze uprawiona ziemia (czyli w ogrodach), tam też pojawiają się chwasty, zwłaszcza te ze zdolnością do regeneracji z pociętych korzeni, czyli podagrycznik. Potwierdzam – w moim ogrodzie jest to nieproszony gość, który w zasadzie bywa nie gościem, a gospodarzem. Rządzi i tylko czasem pozwala sobie „wyrwać” jakieś siedlisko. Mimo tego mój ogród wcale nie jest jednym wielkim chwastowiskiem, przynajmniej nie cały, a przecież nie siedzę tam non stop pieląc. Przybywam jedynie co któryś weekend. Pielę sporadycznie, wtedy gdy pozwoli pogoda i dzieci. Jak więc udaje mi się zwalczyć chwastowy problem? 

Ogród latem

ŻELAZNA ZASADA: ZERO GOŁEJ ZIEMI

Po pierwsze, to nie prawda, że bylinowe łąki są trudniejsze w utrzymaniu niż tradycyjne rabaty. Wręcz przeciwnie. Większość ogrodników których znam tak komponuje nasadzenia, że zostaje im dużo wolnego miejsca pomiędzy roślinami. Cała masa gołej ziemi. Oczywiście w normalnych warunkach każda wolna przestrzeń momentalnie zarasta chwastami. Paradoksalnie w tradycyjnych ogródkach pielenia jest więcej! A w ogrodach bylinowych, naturalistycznych? Tam każdy centymetr kwadratowy jest zajęty przez jakąś roślinę. Skomponowanie gatunków tak by koegzystowały bez zagłuszania się nawzajem, to trudna sztuka. Jednak gdy ją opanujemy, okaże się że pielenia jest co najmniej o połowę mniej. Niezbędne jest porządne pielenie wiosną, zazwyczaj w maju. Po takiej poważnej „akcji odchwaszczania” rośliny się rozrastają zostawiając chwastową konkurencję w tyle. Oczywiście tacy twardziele, jak wspomniany podagrycznik, zawsze przetrwają i wylezą w którymś momencie, szpecąc nasadzenie. Na tym etapie jednak zwykle jest to już osłabiony, pojedynczy „niedobitek” z wiosennego pielenia, dużo mniej agresywny. Dzięki wiosennemu generalnemu oczyszczaniu rabat z chwastów, w dalszej części sezonu walczę już tylko z pojedynczymi „wiechciami”, takimi jak przymiotno roczne. Łatwo je wykryć (są duże) i wyrwać za jednym zamachem (bo jednoroczne, ze słabymi korzeniami).

noel-kingsbury

Noel Kingsbury – znawca bylinowych łąk, badacz roślin i promotor tworzenia w ogrodzie ekosystemów z chwastami. via http://prolandscapermagazine.com/

WIELBICIELE CHWASTÓW

Noel Kingsbury nie raz tłumaczył ideę ogrodu naturalistycznego jako miejsca w którym powinno się dążyć sadzenia gatunków by funkcjonowały niczym w naturalnym siedlisku, tzn. przenikały się nawzajem i pozwalały sobie rosnąć swobodnie, jednocześnie konkurując o wodę i światło – jak w prawdziwym ekosystemie. Z początku propozycja wydawała mi się absurdalna – jak to, mam pozwolić by perz przerastał moje rozchodniki i nazywać to „ogrodem naturalistycznym”? Nie. Chodzi o coś innego. Trzeba tak dobierać gatunki by rosły obok siebie zagłuszając się nieco, ale zachowując zdrowy wygląd. Przede wszystkim trzeba więc dobierać rośliny do siedliska. Koniecznie też jest wykorzystywanie każdej wolnej przestrzeni. Wysokie gatunki obsadzać niskimi, pełzającymi, lubiącymi zacienienie i korzeniącymi się płytko. Przykład? Pluskwica Cimicifuga i żurawki Heuchera. Obu bylinom nie przeszkadza ich wzajemne towarzystwo. Sposobem jest też sadzenie roślin inwazyjnych, które nawet zdominowane przez inne gatunki będą rosły i zdobiły. Mój osobisty patent to pozwalanie rudbekii Rudbeckia i jeżówce Echinacea na rozsiewanie się i niekontrolowany rozrost. W ten sposób wegetują pomiędzy tawułkami Astilbe, liliowcami Hemerocallis, szałwiami omszonymi Salvia nemorosa i pośród wiosennych bylin takich jak miodunki Pulmonaria. Zyskuję dość spontaniczny efekt miksu gatunków, ale jest tego zaleta – w gąszczu roślin astrowatych trudno się przebić chwastom. Nawet jeśli trafi się pojedynczy mlecz czy przymiotno, łatwo się go pozbyć. Cenię sobie także tojeść kropkowaną, która właśnie teraz kwitnie, a nawet poprzerastana bodziszkiem Geranium sanguineum i dzwonkami szerokolistnymi Campanula latifolia wygląda doskonale. Niestety osiągnięcie równowagi pomiędzy roślinami ozdobnymi na tyle by nie dać szansy chwastom, jest bardzo trudne. Nie wystarczy że skopiujecie moje patenty (chociaż polecam serdecznie). Najważniejsze są warunki panujące w waszym ogrodzie. Starajcie się sadzić to, co u was będzie silne i zdrowe bez dodatkowych zabiegów pielęgnacyjnych, a więc samo „stawi czoła” chwastowej konkurencji. Mój ogród jest gliniasty i wilgotny, dość cienisty. Sprawdzają się więc wspomniane astrowate i np. niewymagające bodziszki. Ale już np. rozchodniki które średnio czują się w ciężkiej glebie, wymagają specjalnej troski. Przy pierwszej lepszej okazji jednoroczne chwasty czy perz okazują się dla nich zbyt silną konkurencją. Bez regularnego pielenia moje rozchodniki podobnie jak irysy Iris germanica zginęłyby w masie chwastów. Najważniejsze jest zatem poznać siedlisko na danej rabacie i dopasować nasadzenia tak, by naszym ozdobnym bylinom rosło się wyśmienicie. Wtedy nawet zaglądając do ogrodu raz na dwa tygodnie powinniście mieć względny spokój.

podagrycznik 2

HERBICYDY. JEDYNE ROZWIĄZANIE?

Na koniec podniosę kwestię zwalczania chwastów chemicznie. Generalnie jestem przeciwnikiem chemii w ogrodzie. Jednak dbając o kilkuhektarowy ogród otoczony dziczą stawiam też na racjonalne decyzje. Piet Oudolf odpowiada na pytanie o środki chwastobójcze stwierdzeniem „you do what you have to do!” – czyli żeby robić to, co konieczne. Dodaje jednak z humorem „Ale nie mówcie że słyszeliście to ode mnie!”. „To” czyli w domyśle chemiczne zwalczanie problemu.  W moim przypadku takie preparaty nie są rzeczą konieczną, ale zdarza się że po nie sięgam. Robię to jednak w ściśle określonych sytuacjach – wtedy gdy naprawdę nie wyrabiam się z pieleniem. Pryskam najwyżej raz w roku, tylko odległe zakątki ogrodu i tylko chwasty niemożliwe do wypielenia ręcznie w trybie weekendowym (np. podagrycznik i perz właśnie). Korzystam też zazwyczaj raz do roku z herbicydów selektywnych na chwasty jednoliścienne – jeden oprysk bylinowej rabaty pozbawia ją traw takich jak miotła i perz oraz samosiejki zbóż, których u mnie w ogrodzie pełno. Robię to po zachodzie słońca żeby zminimalizować negatywne skutki dla owadów. I bądźcie pewni – nie jestem dumna z tego że stosuję oprysk – takie rozwiązanie to dla mnie ostateczność. Moim celem jest wyeliminowanie chemii całkowicie i teraz gdy są dzieci, mam ku temu idealny pretekst. Kiedy jest już bardzo źle i widzę na przykład że dana kępa bylin poprzerastała podagrycznikiem, wolę zamiast pryskać, po prostu wykopać całość i pozbyć się intruza ręcznie. Nigdy nie udaje się tego dokonać idealnie, wystarczy pozostawić okruszek korzenia by wróg się zregenerował… ale łatwiej potem walczyć już z niedobitkami niż z panoszącym się dorodnym egzemplarzem wieloletniego chwasta.

podagrycznik 4

Jeśli już nic nie pomaga, a wy nie chcecie uciekać się do haniebnych oprysków, pozostaje pokochać chwasty. Tak czynią m.in. James Golden z bloga Federal Twist i wspomniany Noel Kingsbury. Ci nie walczą, ale zapraszają chwasty do siebie. Sadzą te rośliny, które z racji swojej ekspansywności, obcego pochodzenia i tendencji do rozsiewania się, przetrwają w ogrodzie bez szwanku pomimo zachwaszczenia. Ba, bywa że nawet co co sadzą dla ozdoby, powszechnie zaliczane jest do chwastów. Przykład? Ozdobne odmiany podagrycznika o pstrych liściach. W najczarniejszym koszmarze nie przyśniłoby mi się, że idę do szkółki by ją kupić, ale znam ogrody w których rośnie i ma się dobrze nie szkodząc przy tym innym nasadzeniom. Prawdopodobnie są to ogrody o mniej lubianym przez podagrycznik profilu siedliska. Roślina ma się w nim zatem całkiem nieźle, ale to nie jest jej „raj”, więc nie rozmnaża się jak głupia i nie stanowi niezdrowej konkurencji dla innych roślin.

CHWASTEM MOŻE STAĆ SIĘ WSZYSTKO

Jeśli chodzi o „chwasty ozdobne”, to warto wiedzieć, że w zasadzie każda roślina może się nimi stać w sprzyjających warunkach. U mnie takimi „chwastami” stały się przeróżne dzwonki (zwłaszcza Campanula Lactiflora, który ma mocne korzenie i jest bardzo trudny do wypielenia nawet we wczesnym stadium), niektóre drzewa (graby, lipy), a także jaśminy, wiązówka błotna, malwy, ciemierniki… mogłabym długo wymieniać gatunki które pojawiają się jak niespodzianki w rożnych miejscach mojej działki. Staram się nie dążyć do perfekcji, a jedynie moderować to co wyprawia natura. Jeśli rośliny wymykają się spod kontroli, to je nawracam na właściwy tor. Ale nie walczę z chwastami za wszelką cenę. Skarpa, którą kiedyś planowałam jako porośniętą barwinkiem i bluszczem uporządkowaną przestrzeń, dziś zamienia się w „jaśminowisko”. Nie będę protestować, choć wyszło zupełnie inaczej niż planowałam.

dzwonki Campanula Lactiflora wiązówka błotna Scabiosa caucasica

Na zdjęciach u góry widać moje ukochane „chwasty”: dzwonki Campanula lactiflora, driakiew Scabiosa caucasica i wiązówka Filipendula rubra. Chwasty bywają nie tylko piękne, ale też przydatne. Warto w ogrodzie zostawić trochę pokrzyw. Na gnojówkę, czy jako pokarm dla pożytecznych owadów. I nie poddawajcie się jeśli czasem napotkacie chwasty tu czy tam. Ogród bez nich byłby nudny i martwy jak muzeum 😉

pokrzywy

 

Zobacz również

5 komentarzy do “Podagrycznik i inne chwasty. Czy w ogrodach bylinowych konieczne jest nieustanne pielenie?

  1. Od razu przyszedl mi na mysl cytat z „Kubusia Puchatka”: “Weeds are flowers, too, once you get to know them.”

  2. Znam tę zasadę, że najlepiej dostosowywać rośliny do siedliska, wtedy dadzą sobie radę bez naszej pomocy. Mało tego – zgadzam się z nią! Ale, mimo wszystko, ciągle próbuję uprawiać rośliny, których pragnę, a niekoniecznie powinnam sadzić. I kłopoty gotowe. Wniosek – sama sobie jestem winna.
    A co do konkretów – można zastosować herbicyd na jednoliścienne na iglakach? Perz przerasta mi płożące jałowce. Wstyd przyznać, ale nie wiem, czy one są jednoliścienne…

  3. Można sadzić rośliny mocne, ekspansywne – taki ogród w którym równowaga ustali się sama może być niesamowity, będzie nie tylko bezobsługowy, niewymagający żadnej pracy, dający wytchnienie bez wysiłku, (zwłaszcza, acz nie tylko) w toku „powstawania” zmienny, pełnej poezji – byle tylko były to wyłącznie rodzime gatunki!!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *