Byliny / Ogrodnicze ABC

Rdesty i ich kuzyni – niedoceniane byliny, które warto mieć

Photo Neil Holmes, garden design piet Oudolf

Jeśli w Polsce są jakieś „mody bylinowe”, to na pewno omijają one rdesty. Te interesujące rośliny są u nas wciąż rzadko sadzone. Jeśli nawet ktoś je uprawia, to niekiedy bez należytej wiedzy, co z kolei skutkuje różnymi niepowodzeniami. Często rozczarowani niepozornym wyglądem rdestów łatwo się ich pozbywamy. A przecież rośliny te są niezwykle łatwe w uprawie, trwałe, mają różnorodne formy i potrafią zdobić. Dlaczego warto je mieć? Ja odkryłam rdesty dla swojego ogrodu na fali zainteresowania tzw. ogrodnictwem naturalistycznym i bylinową rewolucją. Moja działka jest duża, w części niezagospodarowana. Wybujałe, zbliżone do „łąkowych” rośliny wydawały mi się fajnym pomysłem. Zdawało się że idealnie łączą w sobie dziką nonszalancję i ogrodową dekoracyjność. Rdesty posadziłam więc w miejscach gdzie dzika, nieuporządkowana przestrzeń graniczy ze zdyscyplinowanymi rabatami. Pierwszym nabytkiem był stosunkowo powszechny Persicaria affinis, znany jako rdest pokrewny.

Persicaria affinis

Rdest pokrewny – Persicaria affinis.

Charakterystyczne dla tego gatunku są nieduże kwiatki zebrane w kłosy, które stopniowo ciemnieją, przybierając barwę od kremowej po purpurową. Na jednym okazie jednocześnie kwitnie wiele kwiatów w różnej fazie rozwoju, dlatego można odnieść wrażenie, że roślina jest wielokolorowa. Rdest pokrewny reklamuje się często jako bylinę zadarniającą. Z mojego doświadczenia (co poniekąd ilustruje zdjęcie powyżej) wynika jednak, że nie warto obsadzać nim wielkich połaci. Jak widzicie nie jest całkowicie chwastoodporny. Nie ma sensu też sadzić tego rdestu na matach (geowłókninie), bo pędy pełzają po podłożu i się ukorzeniają, czyniąc pielenie dość karkołomnym zadaniem. Na dodatek w zimnych regionach Polski (czyli m. in. u mnie na Lubelszczyźnie) ta perscicaria gubi liście na zimę, czasami też podmarza. W okresie bezlistnym nie wygląda więc zbyt ładnie. Ma jednak swoje niewątpliwe zalety. Ten rdest jest wytrzymały na suszę i mało wymagający (a więc świetny dla ogrodników weekendowych). W szybkim tempie się rozrasta, więc nie musimy kupować wielu sadzonek na raz (oszczędność). Warto posadzić go w miejscu zacienionym – u mnie rósł w tzw. suchym cieniu i radził sobie świetnie. Jest dosyć ekspansywny, ale sąsiedniego bodziszka korzeniastego Geranium macrorrhizum nie zdominował. Związek Szkółkarzy Polskich reklamuje ten rdest na skalniaki. Ja polecam go jako roślinę „do zadań specjalnych”, czyli do sadzenia w miejscach kłopotliwych, suchych i wszędzie tam, gdzie inne byliny sobie nie radzą. Zanim jednak  posadzicie rdest pokrewny, odchwaśćcie porządnie glebę.

rdest bistorta

Rdest wężownik – Persicaria bistorta zachwyca bladoróżowymi ‚pałeczkami” późną wiosną.

Wiele rdestów niczym nie przypomina pospolitych łąkowych chwastów. Rosnący wprawdzie dziko w Polsce (ale rzadko spotykany) rdest wężownik Persicaria bistorta ma w sobie elegancję i wdzięk godne największych ogrodniczych diw. Przypomina mi swym pastelowym, matowym kolorem słodycze z cukierni Ladurée. Często polecany jest do sadzenia w ogrodach wodnych, zapewne ze względu na to, że naturalnie rośnie na wilgotnych łąkach. Mój ogródek jest na wzgórzu i do wilgotnej łąki mu daleko, ale rdest wężownik zaakceptował lubelską glinę i rośnie mu się u mnie zupełnie dobrze. Kwitnie wiosną, w maju, później zaś dekoracją są jego gęsto pojawiające się liście, które inaczej niż u innych rdestów pozostają lśniące i zielone do końca sezonu. Rdest wężownik ładnie wygląda sadzony z paprociami i pierwiosnkami wyniosłymi Primula elatior, ale myślę, że jest na tyle uniwersalny, że można swobodnie eksperymentować z innymi zestawieniami. W moim ogrodzie P. bistorta pełni funkcję rośliny zadarniającej i obwódkowej. Jest średnio ekspansywny.

persicaria bistorta Persicaria bistorta rdest

Jak (mam nadzieję) widać na moich zdjęciach, rdesty mimo że niepozorne, potrafią być ważną ozdobą ogrodu. Ich siła jest w masie, to znaczy dużo lepiej sadzić je w  grupach. Z tego względu polecałabym je do większych, naturalistycznych ogródków. Z drugiej jednak strony, w bardziej kompaktowym nasadzeniu i kameralnym otoczeniu kilku innych bylin też powinny wyglądać ładnie. Jeśli jednak macie dużo miejsca, pomyślcie nad innym rdestem, wielkim Persicaria polymorpha zaliczanym do bylin – gigantów. W jednym sezonie osiąga wysokość około 2 metrów! Po raz pierwszy zobaczyłam go w brytyjskim magazynie, gdzie określony był jako „giant fleece flower” – w wolnym tłumaczeniu gigantyczny kwiat fizelinowy (wełnisty?). Właśnie ta nazwa oddaje dobrze jego naturę:  jest wielki i wygląda jak kłęby białej wełny. Z kolei po niemiecku jedna z odmian tego gatunku nazywa się”Johanniswolke” czyli „obłok Janowy”, dlatego że apogeum jego kwitnienia przypada na Św. Jana w czerwcu. Ale „rdest wełniak” kwitnie przez całe lato. Jego kwiaty z czasem ciemnieją i rudzieją, ale pojawiają się nowe. Mimo że potrzebuje sporo miejsca na rabacie, nie rozrasta się w niekontrolowany sposób wszerz, ani też się nie rozsiewa. Przez cały okres wegetacyjny pozostaje zwarty i sztywny (nie wymaga podpierania!). Cała roślina rozszerza się do góry jak puchar. Rdest „Janowy obłok” z bliska nie robi może powalającego wrażenia, ale znowu – zaletą tej rośliny jest masa lekkich jak wata cukrowa kwiatów, które pięknie prezentują się z daleka. Podobnie jak u innych rdestów gatunek P. polymorpha jest lubiany przez owady, zwłaszcza pszczoły. Mój okaz przyszedł do mnie pocztą aż ze szkółki w Wielkiej Brytanii. W Polsce wciąż trudno dostać sadzonki tego gatunku, najlepiej chyba zaopatrywać się w nie przez internet.

Persicaria polymorpha flowers Persicaria polymorpha Persicaria polymorpha and catmint

Yorkshire garden persicaria polymorpha

Yorkshire garden Stevena Mackaya dostrzegłam dawno temu w magazynie „Country Homes and Interiors. Na środku zdjęcia persicaria polymorpha.

Ogród projektanta zieleni Steve’a Mackaya w Yorkshire, który znalazłam kiedyś w magazynie „Country Homes and Interiors” wywarł na mnie ogromne wrażenie. Przefotografowałam połowę rozkładówki z czasopisma. Niestety tylko taką jakością zdjęcia dysponuję, gdyż cenna gazetka uległa zniszczeniu. Tymczasem obraz „giant fleece flower„, który rzuca się w oczy w centrum fotografii, pozostał we mnie na długo. Zresztą z tego ogrodu zaczerpnęłam znacznie więcej inspiracji. Należało do nich stworzenie rabat bylinowych „bez żółtego”, opartych na nasyconych ciemnych kolorach kwiatów i liści, przełamanych gdzieniegdzie odcieniami brzoskwiniowymi i bielą. Rdest polymorpha to nie jedyna roślina, którą zakupiłam pod wpływem ogródka z „Country Homes”. Następne były purpurowe jarzmianki i naparstnica rdzawa Digitalis ferruginea (na zdjęciu wyżej widać jej strzeliste „świeczki” tu i ówdzie). Szukałam innych artykułów o tym pięknym ogrodzie w internecie. Niestety jedyne co znalazłam, to baza pozostałych zdjęć z sesji w „Country Homes”, zresztą autorstwa nie byle kogo, bo słynnego fotografa ogrodów Clive’a Nicholsa. Podaję link tutaj, gdyby kogoś zainteresowało. Gatunki są opisane, więc inspiracji można zaczerpnąć sporo. Wśród wielu bylin jakie tam znajdziecie, są także pokazane rdesty, w tym jeden z moich ulubionych – Persicaria amplexicaulis. To właśnie ta roślina jest charakterystycznym elementem ogrodów projektanta Pieta Oudolfa i jego new perennial movement. Niby mały niepozorny rdeścik z Himalajów, ale posadzony en masse wygląda zachwycająco. Szczególnie interesujący jest kontrast pomiędzy jego filigranowymi, drobnymi jak kreseczki kwiatami, a ich intensywną barwą godną dużo bardziej pokazowej byliny. Kolor oczywiście zależy od odmiany. Najbardziej wartościowa jest „Firetail” w odcieniu purpury. Kwitnący P. amplexicaulis w intensywnym kolorze robi wrażenie „barwnej chmury” i wygląda dużo bardziej naturalnie, niż kultywary tradycyjnych bylin o nienormalnie wielkich kwiatach. Polecam jeśli lubicie intensywny kolor w ogrodzie, a jednocześnie chcecie uzyskać naturalistyczny efekt.

Persicaria amplexicaulis

Persicaria amplexicaulis w dużym zbliżeniu. Kwiaty mają kilka cm i są niepozorne, dlatego wrażenie robią dopiero w grupie, w pełni kwitnienia.

Persicaria amplexicaulis with deschampschia caepitosa

Zainspirowana kombinacjami na rabatach Oudolfa posadziłam rdesty amplexicaulis razem z grupą traw (śmiałek darniowy Deschampschia caepitosa). To dopiero początek sezonu, z czasem trawy zrudzieją a rdesty się „rozmnożą” , gdyż od lipca stale pojawiają się ich nowe kwiaty.

Photo by Neil Holmes garden design Piet Oudolf

Tak wyglądają rabaty zaprojektowane przez słynnego Pieta Oudolfa obsadzone śmiałkiem darniowym i rdestem persicaria amplexicaulis (fot. Neil Holmes via pietoudolf.com) By uzyskać taki efekt potrzebowałabym kilkadziesiąt sadzonek. Póki co z jednej uzyskałam trzy sztuki (przez podział). Na razie mi to wystarcza 🙂

 

ogród lipiec

Moja rabatka z rdestami (po lewej), śmiałkiem darniowym i tawułkami chińskimi w lipcu 2013 r.

Nie wszystkie rdesty wzbudzają pozytywne emocje. Wielu ludzi kojarzy te rośliny z ekspansywnością (chociaż Persicaria amplexicaulis i Persicaria polymorpha mają tendencję do pozostawania na swoim miejscu i zupełnie nie tworzą rozłogów). Niektórzy ogrodnicy mogą czuć się przytłoczeni ich żywotnością (rdesty i ich krewni należą do najszybciej przyrastających bylin). Pnąca rdestówka Auberta, która niegdyś porastała nasz budynek gospodarczy, potrafiła urosnąć 6-8 m w ciągu sezonu. Moja Mama posadziła ją pod wpływem lektury książki Agathy Christie. Ponoć jakiś bohater – morderca sadził ten gatunek w miejscu gdzie zakopywał swe ofiary. Prędko przyrastające pnącze było jego sprzymierzeńcem.

polygonum baldschuanicum aka rdestówka bucharska aka rdestówka Aubrieta - via http://davisla.wordpress.com/

Polygonum baldschuanicum aka  rdestówka bucharska aka rdestówka Auberta – via http://davisla.wordpress.com/ przyrasta kilka metrów miesięcznie.

Skoro już mowa o rdestówkach… gatunek Perscicaria sprawia wiele kłopotu pod względem klasyfikacji. Istnieje kilka różnych opracowań systematycznych w obrębie których Persicaria, Bistorta, Polygonum są „wkładane do jednego worka” lub przeciwnie, uznawane za odrębne gatunki. To samo zamieszanie dotyczy polskiej nazwy „rdest” która nie zawsze pokrywa się z nazewnictwem łacińskim, czy tym tradycyjnym w Zachodnich językach. Może się więc zdarzyć, że w szkółce znajdziecie jeden z opisywanych przeze mnie rdestów pod nieco inną nazwą (persicaria/ polygonum/bistorta/fallopia itd.) Na szczęście z punktu widzenia weekendowo-ogrodniczego nazwy nie są chyba tak istotne. Wszystkie wymienione przeze mnie  gatunki mają podobne wymagania. Najlepiej rosną na umiarkowanie wilgotnych i żyznych glebach, ale powinny poradzić sobie także w mniej dogodnych warunkach. Ostatnim krewniakiem rdestów o którym chcę napisać jest rdestowiec japoński Fallopia japonica (aka persicaria japonica). Wspominałam już o nim w poprzednich postach.

konie i rdest japoński

W mojej rodzinie rdest ten dorobił się zwyczajowej nazwy „Ósmy pasażer Nostromo”, ponieważ jak się niegdyś przekonaliśmy, raz zabrany na ogrodniczy pokład już z niego nie wyjdzie. Obecnie nie uprawiam tego gatunku i nie zamierzam. Dlaczego więc o nim piszę? Znam go od dzieciństwa, mieliśmy rdest japoński w swoim pierwszym ogródku jeszcze na warszawskim blokowisku. Jako 8-10 letnia dziewczynka stawiałam swoje pierwsze ogrodnicze kroki właśnie z tą rośliną. Próbowałam uprawiać co nie co na tamtejszej cienkiej warstwie lichej ziemi, przykrywającej stertę gruzu pozostawioną przez robotników po budowie typowego osiedla z wielkiej płyty. Nasz balkon był wciśnięty w kąt bloku, w swoisty uskok budynku. Tworzył się za nim cienisty, ekstremalnie suchy, wąski zaułek ogrodu, trudny do zagospodarowania. Proporcja gleby do gruzu i śmieci budowlanych wynosiła w nim 1:5. Niefortunny kąt był naszą zmorą. Którejś wiosny odkryłam, że wyrastają w nim z ziemi czerwone pędy (skąd się tam wzięły pozostaje dla mnie zagadką). Próbowałam je zwalczyć motyką – bez skutku. Pędy odrastały ze zdwojoną siłą. Po sezonach walki poddałam się (pamiętajcie, że na początku lat 90 nie istniał szeroko dostępny Roundup, nie było też tak prosto zorganizować oczyszczania zakątka w ogrodzie z gruzu i chwastów). Przegrana walka z czerwonymi pędami zaowocowała ogrodniczym sukcesem. Nasz ohydny kąt służący dotąd sąsiadom z góry za popielniczkę i miejsce do wyrzucania resztek pelargonii ze skrzynek, stał się nagle zielonym gąszczem za sprawą rdestu japońskiego. Przestaliśy tam zaglądać a gęste zarośla na zawsze oddzieliły felerny kącik od reszty ogródka. Dlaczego przywołuję tą opowieść z dzieciństwa? Z dwóch względów. Po pierwsze, by uświadomić Was jak bardzo ekspansywną i odporną rośliną jest ten rdest. Odnoszę wrażenie, że przetrwałby wojnę atomową. Po drugie, bo uważam, że warto wiedzieć do czego taka roślina może się przydać. W moim małym i znajdującym się w szczególnych „okolicznościach” ogródku z blokowiska rdest ten okazał się rozwiązaniem pewnego problemu. Ale dziś w swoim wiejskim ogrodzie nie mogłabym go posadzić. Po pierwsze, bo jego egzotyczne liście i czerwone pędy kompletnie mi tam nie pasują. Ale jest jeszcze coś. Glina, wilgoć i inne sprzyjające warunki mogłyby spowodować że „Pasażer Nostromo” wymknąłby się spod kontroli. Jestem za rozważnym i świadomym sadzeniem obcych ekspansywnych gatunków. Ale z drugiej strony nie popieram „organiczngo eko-Jihadu”, który zakazuje sadzenia wszystkiego co obce. Może się przecież zdarzyć, że będziecie chcieli odciąć się od sąsiada, którego działka jest ruderą pełną gruzu i śmieci. Albo ozdobić posesję na której był wcześniej warsztat samochodowy, czy żużlowisko. Wówczas Fallopia Japonica może się Wam przydać. Kwiaty tego gatunku przypominają kwiaty rdestu himalajskiego, z tym że pojawiają się bardzo późno. Są miododajne.

Zobacz również

6 komentarzy do “Rdesty i ich kuzyni – niedoceniane byliny, które warto mieć

  1. Tak, komentowałam już Polygonum Japonica przy okazji Hubertusa: „[…] rosło w ogrodzie trzech sióstr: Glynne, Anthei i Clotilde. Posadzono je tam w celach istotnie kryminalnych, a zagadkę rozwiązała nieoceniona Panna Marple.”
    W naszym ogródku na Ursynowie Ósmy Pasażer Nostromo oddał nam nieocenione przysługi, to fakt!

  2. Rdesty mają opinię roślin ekspansywnych, więc możliwe, że stąd bierze się obawa przed ich sadzeniem w niewielkich ogródkach. Do dużych, naturalistycznych ogrodów byłyby idealny.

    • Ciekawy pomysł. Ja też wspominam próby pozbycia się rdestowca słabo 🙂 Dobrze, że go już nie mam. Mimo wszystko będę się upierać, że są sytuacje kiedy on się przydaje.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *