Historia / Opinie / Zieleń miejska

Rodzinne Ogrody Działkowe – dlaczego jestem za, a nawet przeciw

Młode małżeństwo z dwójką dzieci poszukuje działki w tym ROD” – głosił napis wydrukowany na niewielkiej karteczce przypiętej do tablicy ogłoszeń pośrodku skwerku. Wszystkie fiszki z numerem telefonu oddarte, jakby anons cieszył się dużą popularnością. Czyżby symboliczny znak kierunku w jakim zmierzają dawne Pracownicze Ogrody Działkowe? Zadałam sobie w myślach to pytanie ruszając dalej alejką Piwoniową warszawskiego ROD “Rakowiec”, wielkiego ogrodu działkowego o przedwojennych tradycjach. Gdy go zakładano w latach dwudziestych XX wieku, w okolicy rozciągały się wsie, podwarszawskie peryferia i lotnisko. Dziś to serce tętniącej życiem dzielnicy, a zza ogrodzenia ROD- u słychać szum aut z pobliskiej ulicy Żwirki i Wigury. Poszłam pędem w stronę przeciwną niż ruchliwa aleja. Miałam mało czasu na zwiedzanie działek, bo 30 minut zmarnowałam na… szukanie miejsca do zaparkowania samochodu.

ROD Rakowiec 6

Typowa działka w jednym z bardziej reprezentatywnych dla działkowego środowiska stolicy ROD „Rakowiec”.

ROD – rodzinne ogródki działkowe. Niegdyś działki tworzone przez zakłady pracy dla robotników. Miały zapewniać rozrywkę, kontakt z przyrodą, być pożytecznym hobby i alternatywą dla niedostępnych w PRL dalekich wczasów. Jak wszystko w tamtych czasach działki służyły też komunistycznej władzy: chodziło o zagospodarowywanie nieużytków, wychowanie w duchu socjalistycznego czynu społecznego, integrowanie załóg robotniczych, odwracanie uwagi od problemów otaczającej rzeczywistości, sposób na deficyty żywności, itd. Z czasem działki stały się ogólnopolskim hobby ludu pracującego różnych klas. W Warszawie niektóre ROD-y do dziś mają opinię „urzędniczych” czy „oficerskich”. Nazwy pochodzące od zakładów pracy pozostają zresztą najczęściej niezmienione. Oczywiście nie wszystkie ogrody zakładano za komuny. Niektóre istniały już przed wojną. Ich funkcją także było zaspokajanie potrzeb obcowania z przyrodą i uprawy własnych warzyw pracowników dużych państwowych instytucji (np. ogród „Rakowiec” założyli pracownicy GUS-u). Współcześnie z tzw. działkami kojarzy się pokolenie ludzi którzy są już zazwyczaj na emeryturze.

Początki ogródków działkowych + na zdjęciu ROD "Relaks" w Dzierżoniowie. )fot. via pzd.pl

Początki ogródków działkowych – na zdjęciu ROD  „Relaks” w Dzierżoniowie. ( fot. via pzd.pl)

W III RP wraz z przemianami ustrojowymi i społecznymi zmienić się musiały także tzw. działki. Na skutek tych przemian prawnych, dawne pracownicze ogródki działkowe zamieniono na ROD-y. Te z kolei coraz częściej stają się obiektem pożądania/ zainteresowania osób młodszych, zawodowo aktywnych, mieszkańców miast nie mających własnego skrawka zielonego ogrodu. Bywa, że za gospodarzenie w ROD-ach biorą się „nowocześni” aktywiści czy tzw. zieloni. Czy ta zmiana charakteru ogrodów działkowych to tylko tendencja, czy już fakt? Nowa ustawa regulująca status prawny ogrodów działkowych weszła w życie dopiero w styczniu, ale zamiany widać już teraz.

Rod Rakowiec 85 - lecie

Zmiany w prawie dotyczącym monopolu PZD i działek pracowniczych były konieczne. Ostatecznie żadna władza po 1989 r. nie odważyła się „wejść w paradę” milionowi działkowców. Obecna ustawa obowiązująca od stycznia 2014 r. otwiera nowe możliwości rozwoju działkowych przestrzeni, ale w bardzo ograniczonym stopniu. Działacze PZD kontynuują zaś tradycje sprzed 1989 r. (zdjęcia z obchodów 85-lecia ROD Rakowiec via pzd.pl)

DSC_0039

Wróćmy do pamiętnego dnia kiedy to przemierzałam warszawski ogródek działkowy wzdłuż i wszerz. Zdarzało mi się odwiedzać ROD- y wielokrotnie, choć najczęściej czułam się w nich trochę jak intruz. Wchodziłam z poczuciem winy: że nie jestem właścicielem działki, że obiekt jest zamykany, a ja się kręcę i robię zdjęcia. Co jeśli ktoś pomyśli, że przyszłam coś ukraść albo urwać? No dobra, tego dnia na Rakowcu szłam z Ipadem, aparatem pod pachą, oraz dużym ciążowym brzuchem na froncie. Uznałam więc, że nikt mnie tu o złodziejskie zamiary nie posądzi. Dlaczego postanowiłam po raz kolejny wtargnąć do ROD-u i czemu wybrałam akurat ten? Zachęciły mnie opowieści znajomych. Otóż kilka dni wcześniej, na urodzinach pewnego czterolatka – przyjaciela mojej córki Józi – uczestniczyłam w ciekawej dyskusji o ogrodach działkowych właśnie. Na przyjęciu gościły same młode małżeństwa z dziećmi, a więc teoretycznie potencjalni reprezentanci “nowego pokolenia działkowców”. Wśród nich rodzinka “X” z warszawskiego Żoliborza (mama, tata i trzy urocze córeczki) chwaliła się jak od niedawna z przyjemnością odkrywa przygodę z ogrodnictwem, właśnie na rakowieckich “działkach”. Na razie do prac porządkowych zatrudnili ogrodnika, który oczyścił teren i skosił chaszcze. Na marginesie: warto korzystać z darmowych serwisów ogłoszeniowych w internecie. Pan okazał się tak skuteczny, że w tej chwili “etatowo” za niewielkie pieniądze ogarnia sąsiednie działki. Mimo, że porządki na posesji wykonał najemnik, “X” są przekonani, że perspektywa odpoczynku z dziewczynkami bawiącymi się wśród zieleni z  jest ekscytująca. Swoją działkę przejęli po cioci – wieloletnim działkowcu – który ostatnimi czasy porzucił swoje hobby. „Świetnie!” – pomyślałam. Niech rodzinka “X” się cieszy własnym skrawkiem ogródka, do takich form rekreacji i edukowania dzieci namawiam przecież na swoim blogu. Nie mogłam jednak nie rzucić też uwag pełnych sceptycyzmu: “Czy działka będzie Waszą własnością? Nie macie obaw by w nią inwestować? Nie przeszkadzają Wam sąsiedzi za siatką? Nie obawiacie się dzikich lokatorów i alkoholików śmiecących dookoła?” – pytałam. Wszystkie moje powątpiewania skwitowano stwierdzeniem, że “ich ogród” na Rakowcu cieszy się wyjątkową w stolicy renomą. Że jest to unikalnie piękny zakątek, działki w nim zadbane, do tego posiada fenomenalny Zarząd, który otwiera na stałe bramę dla odwiedzających spoza ROD. Jest tam nawet “publiczny” plac zabaw dostępny dla wszystkich. Na noc ogród się zamyka, a bezpieczeństwa pilnują kamery ochrony. Gdy wysłuchałam tych opowieści jak z bajki, dalsze dyskredytowanie działek wydało mi się bezcelowe. Szczególnie, że kolega z rodzinki “Y” dorzucił do dyskusji, że wychowywał się w innej części miasta, również w pobliżu działek i również słynących z urody. Nigdy jednak nie spotkał się z takim jawnym otwarciem ogródków na przybyszów z zewnątrz. Był szczerze zaskoczony “wspólnym” charakterem ogrodu na Rakowcu. Z jego doświadczenia wynikało bowiem, że amatorzy zieleni chcący uszczknąć nieco z działkowego dobra zazwyczaj zmuszeni byli przeskakiwać przez płoty. Ucieszyłam się, że nie jestem jedyną osobą, której zdarzało się poczuć się na działkach jak nieproszony gość.

ROD Rakowiec 3

ROD „Rakowiec” gdzie da się zauważyć obecność młodych rodzin z dziećmi. Wybrałam się tam na „działkowy research”. Czy rzeczywiście ogród jest tak wspaniały jak go malują tamtejsi członkowie towarzystwa ogrodniczego?

zdjecie 3 (3)

Na plac zabaw w ROD „Rakowiec” może przyjść każdy. Ale czy warto, skoro nieopodal jest dużo większy i ciekawszy publiczny placyk na Polach Mokotowskich?

ROD Rakowiec 2 ROD Rakowiec 4 ROD Rakowiec 5zdjecie 4 (2)zdjecie 3

Impuls który zrodził się na kinderbalu pchnął mnie do zwiedzania ROD „Rakowiec”. Obejrzałam. Przemyślałam. Czy rzeczywiście ten ogród jest taki wyjątkowy? Pełno w nim wspaniałych roślin, to fakt. Wiele jest bujnej zieleni. Ale kilka kwiatków jeszcze ogrodniczej sensacji nie czyni… Oczywista, że rośliny są piękne same w sobie, nawet gdy stoją ścięte w plastikowych kubłach na bazarze, albo wychylają się ze zrobionych z opon czy lastryko „klombów”. Z tego względu działki takie jak ta również wielu osobom mogą wydawać się zachwycające na pierwszy rzut oka. Pełno w nich uroczych kwiatów, krzewów i drzew. Każdy kto kocha przyrodę doceni urok bylin nawet na zachwaszczonej rabatce, uśmiechnie się widząc kwitnącą jabłoń w zaniedbanym sadzie i przystanie by popatrzeć na pnącza porastające starą siatkę. No właśnie… siatkę. Od wieków ROD-y kojarzą mi się z poniszczonymi i zardzewiałymi ogrodzeniami z drutu. Pełno takich było na Rakowcu, zupełnie jak w ogrodzie działkowym do którego lubiłam chadzać przed zajęciami w szkole muzycznej jako mała dziewczynka. Wspominam dziś jak zazdrościłam tamtejszym działkowcom kolorowych tulipanów, ale dziwiłam się, że wystają zza rdzewiejących płotów. Minęło dwadzieścia lat, a w ogródkach rdzawa siatka wciąż rządzi. Pierwsze więc co mi się nasuwa w kwestii zagospodarowania przeciętnego ROD-u, to całkowite zlekceważenie roli detalu architektonicznego. Ogródek to nie tylko kwiatki, to także układ przestrzenny, materiały wykorzystane na ścieżki, mała architektura itd.

zdjecie 2 (2) zdjecie 1

Zardzewiała, powyginana siatka i domowej roboty zabezpieczenia na kłódki (na moich zdjęciach uwieczniłam takie z butelki po keczupie, ale istnieje wiele innych rozwiązań) to wątpliwa ozdoba ROD - ów.

Zardzewiała, powyginana siatka i domowej roboty zabezpieczenia na kłódki (na moich zdjęciach uwieczniłam takie z butelki po keczupie, ale istnieje wiele innych rozwiązań) to wątpliwa ozdoba ROD – ów.

ROD Obrońców Pokoju 2

Zdjęcie które wykonałam tej wiosny w ROD „Obrońców Pokoju” . Jest to ogród, który podobnie jak „Rakowiec” szczyci się tradycjami przedwojennymi. Znam to miejsce z dzieciństwa i choć trudno odmówić uroku nasadzeniom, to tamtejsze asfaltowe alejki i rdzewiejące furtki piękne nie są.

Spójrzmy prawdzie w oczy: istnieje wiele urokliwych działek, ale ROD-y to niestety często także ruderki. Mogłabym dostarczyć na to niezliczone dowody zdjęciowe z samej tylko stolicy, ale nie chcę szpecić swojego bloga 😉 Tak serio, to chyba nie ma osoby która nie obrusza się na widok bud z płyty pilśniowej przy ul. Odyńca, rzędów rozwalających się płotów i krytych papą „altan” wzdłuż ul. Św. Wincentego, i tak dalej. Wiem, że w innych miastach jest analogicznie. Wystarczy przejrzeć oferty sprzedaży działek w serwisach ogłoszeniowych. Powiecie że estetyka to nie wszystko. Prawda, z pozoru  działki są wspaniałe, bo służą przecież szczytnym celom takim jak „dobro lokalnych wspólnot” (?!?! jakich u licha wspólnot, przecież nie załóg robotniczych?). Czyżby autor tego popularnego w regulaminach ROD-ów określenia nie zauważył, że większość zakładów z czasów powstawania ogrodów splajtowała albo została sprywatyzowana? Ogródki działkowe już dawno nie przypominają warzywników. Coraz częściej pełnią funkcje wyłącznie rekreacyjne. Trudno się zresztą dziwić, że działkowcom odechciewa się produkcji jarzyn, skoro wypasiona dynia w „Biedronce” kosztuje 1,40 zł. Wielu osobom ROD-y kojarzą się ze zmarnowaną przestrzenią publiczną. W Warszawie ich zsumowana powierzchnia jest niewyobrażalnie duża – zajmuje tyle co cała dzielnica Praga Północ. Bywa, że obywatele słyszą o ROD-ach w kontekście kryminalnym. Wystarczy przejrzeć “kronikę policyjną” by dowiedzieć się o liczbie przestępstw popełnianych na działkach. Niestety, nawet wbrew wyobrażeniom samych działkowców ogródki działkowe to nie tylko idylla i grill pod jabłonką. To często też siedlisko patologii, nie tylko tej ogrodniczej.

działka na sprzedaż

Działki wcale nie są piękne. W dodatku ich ceny bywają całkowicie nieprzystające do rzeczywistości – na zdjęciu propozycja jednego z serwisów ogłoszeniowych.

DSC03086

Zdjęcia działek w Kłodzku (fo. Bart Pogoda via http://bartpogoda.net/)

Najgorzej ROD-y wyglądają zimą, gdy ich główna ozdoba – rośliny – są w stanie spoczynku. W okresie od listopada do lutego próżno szukać na działkach wdzięku i czaru. Już niedługo zza ogrodzeń straszyć zacznie złom, chaszcze i budy. Dlaczego mało który ROD inwestuje w estetyczne parkany czy np. nawierzchnie ścieżek? Najczęściej alejki wyściełane są starym popękanym asfaltem, ewentualnie kostką bauma. Oczywiście zdarzają się wyjątki – w odwiedzonym przeze mnie elitarnym ROD “Rakowiec” ścieżki są z ubitej ziemi. Super, ale co z tego, skoro ogrodzenie stanowi powyginana siatka z drutem kolczastym? Komu się to może podobać? Załóżmy, że są jednak amatorzy takich ogrodzeń i takiej formy relaksu jaką oferuje ROD. Rozumiem to i szanuję, chociaż sama wolałabym zostać ogrodniczym partyzantem niż przyłożyć rękę do rozwoju „działek” w takiej formie prawnej i formalnej w jakiej istnieją obecnie. Na szczęście nic podobnego mi nie grozi. Te rzekome “urządzenia użyteczności publicznej” jak nazywa je ustawa, są dla mnie niedostępne. Chyba, że nagle znajdę wolne kilkadziesiąt tysięcy złotych na kupienie ogródka. Określenia “kupić”  używam umownie, gdyż w świetle prawa tzw. dzierżawa działkowa jest niezbywalna. Możemy odstąpić komuś działkę, ale nie sprzedać. W praktyce jednak handel posesjami w ROD- ach kwitnie i ceny dochodzą do kilkudziesięciu tysięcy złotych za parcelę. Portal trójmiasto.pl podaje nawet informację o działce na sprzedaż w rekordowej cenie 190 tys. zł! Jak to możliwe? Hah, Polak potrafi. Inną formą nabycia działki w dzierżawę jest otrzymanie “przydziału” od zarządu danego ROD-u, czy jak to teraz ładnie ustawodawca nazwał “Stowarzyszenia Ogrodowego”. Składamy wniosek i czekamy aż ktoś dobrowolnie zrezygnuje z działki i nam ją przekaże. Jak myślicie, warto czekać? Odpowiedź brzmi: NIE, w każdym razie na pewno nie w stolicy. W Warszawie szanse na bezpłatne otrzymanie działki w dzierżawę (choćby największej zaniedbanej rudery) są bliskie zeru. Nikt nie przepuści przecież okazji do zarobienia paru złotych… Rzecz jasna zbywający podkreślają, że nie chodzi im o bogacenie się, a jedynie o pokrycie kosztów nakładów czynionych przez przez lata na utrzymanie ogródka. Zjawisko to, podobnie jak przyznawanie odszkodowań za likwidowane działki, na przykład pod budowy autostrad, jest dla mnie niezrozumiałe. Przecież w poprzednim systemie przydziały Pracowniczych Ogródków Działkowych otrzymywano od zakładów pracy nieodpłatnie. Użytkowanie i związane z nim zobowiązania oraz inwestycje były całkowicie dobrowolne. Co tu więc rekompensować? To jakby żądać zadośćuczynienia za to, że wynajmowaliśmy latami mieszkanie na bardzo korzystnych warunkach, sprzątaliśmy je i odkurzaliśmy. Być może moje słowa kogoś urażą, ale naprawdę nie widzę sprawiedliwości w takim obrocie spraw. Ową sytuację umożliwia źle skonstruowane prawo. To jednocześnie najważniejszy problem ROD – ów jak i samych działkowców. Trudno się w tej kwestii wypowiadać bez odsłaniania swoich poglądów politycznych, albo przynajmniej historyczno – społecznych. Należę do osób które nie darzą sentymentem PRL i jego reliktów. Uważam też, że dopóki coś nie jest wieczystą własnością prywatną, nie może być dobrze zarządzane. Wszelkie inne formy własności są niedoskonałe i prowadzą do patologii. Doskonale to widać w obecnej sytuacji, kiedy to w moim mieście nie brakuje opuszczonych i zaniedbanych działek, mimo rzeszy chętnych do “zajęcia się nimi”. Rudery szpecą miasta, a młode rodziny są zmuszone wydawać dziesiątki tysięcy złotych by „odkupywać” prawa od emerytów. Jednocześnie działkowcy jeszcze do niedawna domagali się powszechnego uwłaszczenia. 

ROD Rakowiec

Zdjęcie z ROD „Rakowiec”. Pełno tu uroczych roślin, a na zdjęciu nie widać siatki. Ale co będzie gdy byliny i aksamitki przekwitną, a pozostaną „galerie tui” i zaniedbane drzewka owocowe? Ogrodzenie i altanko-budy nie będą dekorować, to pewne.

W moim poczuciu tylko będąc wieczystym właścicielem nieruchomości można właściwie realizować ogrodniczą pasję. Owszem, dzierżawa działkowa wystarczy być może chętnym do uprawiania marchewki, czy amatorom posiadania własnej ławeczki pod gruszą. Ale by stworzyć coś bardziej trwałego, prawdziwy ogród – szczerze wątpię. Dążyć do czegoś trwałego, co posłuży nie tylko nam, tu i teraz, ale zostanie na pokolenia, możemy tylko w sytuacji gdy nasza własność jest pełna, a prawo do gospodarzenia na gruncie nieograniczone. Wówczas czujemy się w swych działaniach bezpiecznie, nie boimy się inwestować. W takiej sytuacji również dużo bardziej naturalne jest branie odpowiedzialności za konsekwencje decyzji dotyczących aranżowania zieleni (i  przestrzeni). W każdym innym przypadku zaangażowanie w dbanie o skrawek ziemi jest ograniczone przez niezależne od nas okoliczności. Wydawałoby się, że satysfakcjonującą alternatywę pomiędzy niezbywalną dzierżawą a własnością wieczystą stanowi spółdzielczość. Owszem, ale jedynie pod warunkiem, że spółdzielnia jest mała, a jej członkowie równie zaangażowani i mający jednolity, wspólny cel. Per analogiam – gdy w dawnych czasach uprawiałam swój przydomowy ogródek na blokowisku, czułam się bezsilna wobec wielkiej spółdzielni i jej nieprzewidywalnych decyzji. Mój mały skrawek zieleni był wiecznie zagrożony: z jednej strony kradzieżami (niewystarczająca ochrona i poszanowanie własności – gdy coś jest wspólne to jest w powszechnym odczuciu niczyje). Z drugiej strony groziła mu rujnacja z inicjatywy samej spółdzielni (co się ostatecznie ziściło, bo ogródek przepadł wraz z rozkopami i wymianą kanalizacji na osiedlu). Dziś mieszkam w małej kamienicy zarządzanej przez kilkudziesięcioosobową spółdzielnię. W takiej wspólnocie, gdzie nikt nie jest anonimowy, realnie dba się o dobro wspólne. Sąsiedzi lepiej lub gorzej, ale świadomie i odpowiedzialnie podejmują decyzje odnośnie zagospodarowania naszego wewnętrznego zieleńca. W takim gronie dyskusje nad wyglądem podwórza mają sens. Nasze podwórko i zieleń wokół kamienicy należą do najlepiej zagospodarowanych w okolicy. Dla porównania, po drugiej stronie ulicy dużo większa spółdzielnia nie daje sobie rady z prozaicznym problemem jakim są psie kupy, mimo że ich trawniki od naszych dzieli zaledwie 20 metrów. Widać najlepiej jest decydować o swoich sprawach w małym, lokalnym gronie ludzi o wspólnych interesach. A idealnie – samemu w sprawach swojej działki. Formy własności podzielonej ze swej natury są niedoskonałe, jak zawsze wtedy, gdy ktoś inny mówi nam co nam wolno a czego nie na naszym terenie i gdy obcy decydują na co wydawać nasze pieniądze. Problem tej kategorii mają nie tylko właściciele pojedynczych działek, ale cały Polski Związek Działkowców oraz jego spadkobiercy prawni – stowarzyszenia ogrodnicze.

ROD Obrońców Pokoju

Działki przy Al. Niepodległosci wiosną 2014. Robiłam co mogłam by na zdjęciu nie było widać eternitu czy siatek. Na tym zdjęciu prawie się udało. Ciekawe jak ten zakątek wygląda w czerwcu gdy rośliny cebulowe zasychają….

Jak tworzyć trwały i piękny ogród nie mając nawet gwarancji, że pozostanie on nasz na zawsze? Nie wolno nam go oficjalnie sprzedać, nie można w nim swobodnie gospodarzyć. Zarządcy i właściciele gruntu mogą nas ograniczać, wiele rzeczy nam narzucać w zależności od statutu danego stowarzyszenia ogrodniczego (np. wybierać sposób zagospodarowania, ostatecznie decydować o zgodzie na przydział dla nowej osoby, itd). Z drugiej jednak strony trudno nie ulec frustracji, gdy my – działkowcy dokładamy starań by nasza działka piękniała, a zarząd niejednokrotnie pozostaje obojętny na nasze potrzeby i nie oferuje nam należytej ochrony czy wsparcia? Przykład z brzegu który to opisuje to sytuacja Jodie Baltazar, działkowiczki i aktywistki z Warszawy o której pisałam nie raz. Amerykanka przejęła nielegalnie we władanie działkę w warszawskim ogrodzie działkowym „Zelmot”. Jodie pisze i mówi o tym otwarcie, licząc że każdego dnia działka może jej zostać odebrana. Dodajmy, że ogródek Jodie był pierwotnie typową ruderą przy ruchliwej arterii, miejscem spotkań typów “spod ciemnej gwiazdy”. Ponoć status formalny tego miejsca nie był jasny (jak to niektórzy lubią określać – “krył się za tym prawdziwy ludzki dramat”) i z jakiegoś powodu niemożliwe było nabycie go drogą tradycyjnego nieodpłatnego przydziału. Jodie postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce. W ten sposób rudera przekształciła się w pełen plonów ogródek, miejsce warsztatów, rozdawnictwa jedzenia, darmowych szkoleń z ogrodnictwa i spotkań w ramach inicjatyw społecznych. I to takich dofinansowywanych przez miasto! Jodie uprawia w nim głównie warzywa (kilkadziesiąt gatunków) i traktuje miejsce w kategoriach edukacyjno – rolnych. Przykre, że stały problem z którym się boryka, to kradzieże. I to nie kradzieże plonów. Złodzieje wielokrotnie pozbawiali ogrodniczkę hydrantu oraz rur, powodując tym samym wyciekanie wody na zewnątrz przez kilka niekiedy dni. Na miejscu jakiegokolwiek działkowca w „Zelmocie” znienawidziłabym zarząd, który nie jest wstanie ustrzec mnie przed takimi kradzieżami.

10419398_278443672353764_6333840832481826513_n

Jodie Baltazar – warszawska ogrodnicza aktywistka i działkowiczka. Prowadzi pionierską działalność m.in. na działkach Zelmot, gdzie rozdaje kompost i plony, uczy ludzi jak produkować własne pożywienie w mieście.

Niestety – zarządzanie i związana z nim sprawa skomplikowanej własności ogrodów to kluczowy problem. Niekiedy można odnieść wrażenie, że sami zarządcy zapomnieli, że funkcja którą pełnią jest służbą a nie przywilejem. Powiecie, że przesadzam ze słowami goryczy… Ale ja tylko opisuję wrażenia po przeczytaniu kilku stron internetowych najpopularniejszych „ROD-ów”. Niestety witryny te zamiast służyć działkowcom, edukacji, informacji i poprawianiu jakości życia na działkach, często są narzędziem promocji konkretnych osób z zarządów działek. Widać taka konwencja robienia sobie reklamy pod pretekstem pracy społecznej tkwi w korzeniach całego PZD. Zapoznając się z wypowiedziami członków zarządu ROD-ów (o gronie prezesowym PZD nie wspomnę) można często odnieść wrażenie, że czytamy same przechwałki, ewentualnie jednoczymy się przeciwko jakiejś niszczycielskiej sile która chce wszystkich działkowców ograbić. Na jednej ze stron internetowych warszawskiego ROD-u zarząd chwali się osiągnięciami takimi jak remont świetlicy i dachu siedziby zarządu… Obawiam się, że zjawisko to jest masowe i głęboko zakorzenione w strukturach zarządzających stowarzyszeniami ogrodniczymi.

ROD Obrońców Pokoju

Print screen strony internetowej jednego z warszawskich ROD-ów, w którym ogrodzenie i ścieżki ewidentnie błagają o remont. . W zakłądce „historia” zarząd wymienia swoje osiągnięcia.

Organ prasowy PZD – miesięcznik “Działkowiec” – to odrębna farsa. Na łamach czasopisma (które kupiłam pierwszy raz od lat specjalnie na okoliczność dzisiejszego wpisu) prezentuje się wprawdzie coraz nowocześniejsze ogrody, coraz bardziej “Zachodnie” layouty i zdjęcia. Większość fotografii pochodzi jednak ze stocku, prezentowane inspiracje oderwane od rzeczywistości, a ton rubryki “Wiadomości” ciągle przypomina mi “Trybunę Ludu”. Najlepiej, choć w smutny sposób określił całą instytucję PZD jeden z niezależnych blogerów – Juliusz L., pisząc “to organizacja w czystej postaci kontynuującą tradycje zamierzchłego systemu.” Trudno się z tym nie zgodzić czytając w “Działkowcu” pełne oburzenia wypowiedzi, na przykład pod adresem Naczelnego Sądu Administracyjnego, który to nakazał rozebrać samowolę budowlaną nazwaną przez pewnego spryciarza “altanką”. Pozornie artykuł donosi nam, że oto dzieje się jakaś niesprawiedliwość i niewinny działkowiec został skrzywdzony niesłusznym wyrokiem. Wystarczy jednak przeczytać w internecie uzasadnienie decyzji sądu w tej sprawie (proces był głośny i szeroko omawiany), by dowiedzieć się iż owa “altanka” to faktycznie dwupiętrowy murowany budynek z kamiennymi schodami. Takich „sensacyjnych” historii zaprezentowanych w krzywym zwierciadle można znaleźć wiele zarówno w czasopiśmie „Działkowiec”, jak i na stronie PZD lub na tablicach ogłoszeń w niemal każdym ogrodzie działkowym. Władze działkowe zawsze wypadają w nich jako Robin Hood broniący uciśnionych. Szkoda, że z takim samym robinhoodowskim angażowaniem nie zabiorą się za porządkowanie ruder, eksmisję “elementu” z działek, remonty, ochronę przed kradzieżami itd.

pismo działkowiec

Poczytne pismo „Działkowiec” z podtytułem „Twój perfekcyjny ogród”, który brzmi dość groteskowo w zestawieniu z rzeczywistością ROD-ów.

pismo działkowiec 3

Takie „realistyczne” i „piękne” propozycje zagospodarowania ogródków działkowych podpowiada użytkownikom ROD-ów „Działkowiec”. Znacie grę komputerową „The Sims”?

pismo działkowiec 2

W Działkowcu jest coraz więcej interesujących informacji. Szkoda że często artykuły ilustrują niemieckie stockowe zdjęcia.

pismo działkowiec 4

Fragment rubryki „Wiadomości” w najnowszym „Działkowcu”. Ton i charakter tej szpalty mówią same za siebie…

Zarządcy działek kochają skandalizujący ton rodem z “Faktu” i lubią przedstawiać siebie w roli obrońców wartości takich jak ochrona przyrody czy kontakt człowieka z naturą. Jak gdyby działka ROD była jedynym miejscem do realizowania tych założeń w mieście! Za pomocą mediów tworzą sztuczne antagonizmy pomiędzy PZD a instytucjami “niedziałkowymi”. Tak jakby użytkownicy ROD i wielbiciele sprawnego zarządzania miastami od strony urbanistycznej stali przeciwnych stronach barykady. Ukuwa się nieprawdziwy obraz jakoby każdy przeciwnik ogródków działkowych w obecnej formie był za stawianiem “osiedli plomb” na terenach zielonych, za bezmyślnym likwidowaniem działek i marnowaniem majątku “biednych działkowców”. Aktualnie siły PZD skupiają się w akcji “Stop rozbiórkom altan”. Próbowałam dojść o co właściwie w niej chodzi i znowu odniosłam wrażenie, że jest to tylko nowy przejaw próby ocalenia dawnej pozycji i statusu prawnego PZD. I znowu pod płaszczykiem obrony interesu ogrodników. Z tego co pamiętam jeszcze ze szkoły średniej – lex retro non agit. Prawo nie działa wstecz, a zatem “afera altanowa” którą tak przeżywa “Działkowiec” jest wyssana z palca. Jak wspomniałam wyżej Naczelny Sąd Administracyjny orzekł, że murowany budynek dwukondygnacyjny ze schodami i piwniczką altanką nie jest i że w związku z tym musi zostać rozebrany. Ta decyzja nie oznacza jeszcze (jak twierdzi uparcie dział “Wiadomości” pisma “Działkowiec”), że trzeba “uchronić przed rozbiórką 900 000 altan”. Skąd w ogóle taki pomysł, że jedno precedensowe orzeczenie sądu zagraża tysiącom altan? Po pierwsze, altany zbudowane zgodnie z prawem są bezpieczne. Po drugie domki i dworki cygańskie udające altanki powinny być zburzone bezapelacyjnie w imię społecznego ładu, estetyki itd. I jeśli jakikolwiek wyrok sądu się do tego przyczynia, to ja go absolutnie popieram. Po trzecie, może dzięki tej rzekomo kontrowersyjnej decyzji Naczelnego Sądu Administracyjnego (niekorzystnej dla owego działkowca który dopuścił się samowoli budowlanej i nie skorzystał z możliwości zalegalizowania jej po procesie w sądzie pierwszej instancji) polscy działkowcy zaprzestaną wznoszenia na swych działkach szkaradnych budowli i pseudo altan. Czas by ludzie zrozumieli, że działki nie są ich własnością, że stanowią tylko formę dzierżawy, która w swej istocie nakłada na dzierżawcę wiele ograniczeń w imię wspólnego dobra jakim jest m.in. estetyka otoczenia, funkcjonalność miasta, bezpieczeństwo itd. W związku z tym lepiej porzucić marzenia o domu z basenem i kolumienkami jońskimi z rur ceramicznych na działce ROD. Sprawa jest oczywista, a jednak dworkowate altany się mnożą. Dlaczego tak wielu próbuje “obejść” przepisy zamiast pogodzić się z faktem, że w takim ogrodzie po prostu pewnych rzeczy budować nie wolno? I dlaczego u licha PZD wspiera ten rodzaj myślenia, tej peerelowskiej mentalności, która z jednej strony żeruje na tym co państwowe (wspólne), z drugiej próbuje to Państwo przechytrzyć, robiąc wszystko by “moje było na wierzchu”? Rozumiem, że w PRL nie było wyjścia, trzeba było działać “na lewo”, dawać łapówki i załatwiać rzeczy po znajomości. Działki dostawało się jak było się zasłużonym działaczem, dobrym robotnikiem w zakładzie, albo urzędnikiem. Ale dziś?

Zdjęcia działek w Kłodzku (fo. Bart Pogoda via http://bartpogoda.net/)

Działki w Kłodzku (fo. Bart Pogoda via http://bartpogoda.net/)

Taka retoryka ze strony PZD jest dla mnie arogancją i trąci zakłamaniem. Przecież aktualna ustawa rodzinnych ogrodach działkowych ma niemal w całości kształt proponowany przez PZD. Dopięli swego! Państwo Polskie wraz spełniło postulaty działkowców (albo raczej zarządu PZD). Mimo tego Związek  wciąż atakuje wszelkich swoich przeciwników, nie tylko tych politycznych (np. prezesów stowarzyszeń ogrodowych z Krosna i Małopolski). Zamiast wojować z wyimaginowanym wrogiem jakim jest dla nich najwyraźniej ewolucja ekonomiczna, społeczna i przemiany w urbanistyce, organizacja ta powinna się skupić na:

  • ochronie interesów swoich członków, a nie własnych – prezesowskich
  • promowaniu pozytywnych wzorców jeśli chodzi o wiedzę ogrodniczą w tym estetykę
  • uświadamiać działkowców że nie są świętymi krowami, ale jedynie beneficjentami systemu który jest reliktem PRL.

Niektórzy mieli szansę “otrzymać” działkę po babci/cioci/wujku, inni dostali szanse wykupienia mieszkań komunalnych za symboliczną złotówkę, jeszcze inni nie dostali niczego. Dlatego na miejscu wieloletnich użytkowników ROD – ów zamiast złorzeczyć, cieszyłabym się że mam coś “w spadku”, coś na co pozostali muszą pracować latami albo brać kredyty. Sprzedawanie praw do działek otrzymanych w PRL z darmowego przydziału powinno być surowo karane, a nie odbywać się w sposób jawny. I konsekwentnie, skoro działkowcy oczekują zaakceptowania kolei historycznych w których wielu z nich weszło w posiadanie działek w poprzednim systemie, powinni zaakceptować odwrócenie się koła fortuny. Przyszły czasy gdy spadkobiercy nieruchomości zagrabionych dekretem Bieruta domagają się zwrotów i odszkodowań. Część ich roszczeń obejmuje tereny dzisiejszych działek… No cóż, takie życie! Na tym polega sprawiedliwość. Nie rozumiem w tym kontekście oburzenia działkowców i ich roszczeń uwłaszczeniowych. Nie przekonuje mnie nawet koronny argument wszystkich ogrodników starej daty, którzy podkreślają ogromne koszty i nakłady poczynione przez lata dla ROD- ów. Chyba zapomnieli, że działka to była nagroda i luksus, a nie forma niewolnictwa. Koszty ponosili dobrowolnie. Nikt nikomu nie kazał inwestować w altany i nasadzenia, nikt też nie obiecywał, że po latach coś się za to będzie należało do zwrotu. Kto nie akceptuje takiego status quo, niech zadowoli się tzw. ogrodnictwem miejskim, uprawianiem ogrodów społecznych (tych prawdziwych, otwartych, tworzonych wspólnie i dla wspólnej radości), albo pracuje dwa razy ciężej na własny skrawek zieleni poza miastem. Przynajmniej nie będzie miał problemu z parkowaniem samochodu 😉

Zobacz również

7 komentarzy do “Rodzinne Ogrody Działkowe – dlaczego jestem za, a nawet przeciw

  1. Może nie jestem dobrym komentatorem, gdyż nigdy nie miałam działki tego typu. Pamiętam z dzieciństwa działki znajomych. Wtedy był to luksus własnego kącika, własnych warzyw, kwiatów itd. Patrząc na większość ogrodów działkowych, tez tych które opisujesz, bo je widuję dość często, mam wrażenie, że ciągle są takie same jak te 40 lat temu. Ostatnio odwiedziłam Szwecję, także ogródki działkowe i byłam zachwycona: nowoczesnością i tradycją, które są harmonijnie połączone, tym, że ogródki są otwarte (nie maja płotów, furtek, siatek), że można tam wejść i być mile przywitanym. A przecież w Szwecji jest naprawdę dużo więcej żebraków, bezdomnych i innych potencjalnych niszczycieli.
    Ale z drugiej strony- tak jak piszesz- działki bywają enklawą dla młodych mieszczuchów, często z małymi dziećmi. Więc sumarycznie, dobrze, że są…
    Uściski,
    m.

    • Warto komentować, dziękuję za mądre słowo w sprawie. Na księżycu tak jak na działkach, też większość ludzi nie była, ale to nie znaczy, że np. nie mogą dyskutować o tym jak wygląda i czy jest piękny 😉 Słyszałam wiele o ogródkach działkowych na Zachodzie, jestem pewna, że Szwedzkie rozwiązania są godne naśladowania. Od swojej podróżującej mamy wiem, że nowoczesne „działkowanie” przybiera ciekawe formy także w USA. Kiedy i u nas coś się zmieni? Ośmielę się stwierdzić, że obcowanie z ogrodami jest potrzebne wszystkim! 🙂 xxx P.

  2. Bardzo ciekawy wpis. Zgadzam się w wielu kwestiach, z wyjątkiem jednej: dynia w Bierdonce za 1,40? To chyba nie u mnie, chyba, że w mega promocji i za 1 kg 😉

    Mnie cieszy, że moim rówieśnicy interesują się RODami, smuci, że muszą te działki „kupić” za spore pieniądze i zastanawia dlaczego na większości takich działek nie uświadczy się nawet rządka marchewki? Wszak przy okazji rekreacji miło jest schrupać własne warzywka.
    O Działkowcu nie wspominam nawet, bo to żadna gazeta działkowców. Może z nazwy, wydawcy i rubryki „zarządowej”. Poza tym, to czysta komercja i coraz niższa wartość merytoryczna.
    P.S. ta Jodie, to ciekawa kobieta 🙂

  3. Although there are some good points, such as people expecting huge amounts for a plot which isnt really their’s and the quality of dzialkowiec I find this article is really harsh 🙁 I and my wife are a young couple living in a flat. We have an allotment about 5 mins from our house which brings in a lot of fresh veg over the summer and is a lot of joy. We are reasonably well off and plan on buying our own land at some point, but I find your comments that people should work harder to buy their own land hugely insensitive. There are a huge number of people in this country who work none stop for next to nothing and for them to be able to have 2-3ars land to grow something on brings them a little extra joy in their life. Think its reasonable that people who would otherwise only have the chance to have a 2m2 balcony have the chance to have a very small amount of green space to enjoy. 1ha of land is enough for over 33 families! To conclude from personal experience R.O.D. Is brilliant. BTW, I am from UK and we have a culture of allotments and never in my life heard of anyone having an issue with them.

  4. Działek PZD czy ROD się nie sprzedaje. Sprzedaje się to co się na działkach znajduje. Jeśli ktoś dostał działkę za darmo, zbudował murowany domek/altanę (zgodnie z przepisami), posadził drzewa i rośliny, wybudował studnię to chyba powinien otrzymać za to zapłatę jeśli z jakiegoś powodu nie chce mieć już działki i odstępuje ją innej osobie?

    • No cóż, skoro nie można działki sprzedać, to jej „posiadanie” jest formą dzierżawy. Gdy wynajmujemy inną nieruchomość, np. mieszkanie, to nawet jeżeli o nie dbamy, coś tam poprawimy, wyremontujemy, to jednak przy wyprowadzce nie mamy prawa z tego tytułu odstąpić go innemu najemcy za pieniądze 🙂 Mam nadzieję, że porównanie czytelne.

      • mylisz sie, nawet jesli zainwestujesz w mieszkanie gdy wlascicel nie wyraza zgody masz prawo (prawo polskie) do naleznosci, oczywiscie nie chodzi tu o pomalowanie scian tylko rzeczywiste zwiekszenie wartosci mieszkania. takie prawo
        Skoro dzialki sprzedawane sa za taka kwote to znaczy ze chetni sa.
        wola dac np 80 000 za dzialke pod domem ktora nigdy ich nie bedzie niz kupic dzialke na ktora traca czas i kase aby dojerzdzac
        Zgadzam sie z chrisem, patrzysz z wlasnego punktu widzenia. Inna sprawa ze zarzad powinnien miec prawo nakladac obowiazki poprawy stanu działek, karać i odbierać. Zbierać pieniądze na remont części wspólnych.
        NIe wiem czy kiedykolwiek to przeczytasz, czyatm Twego bloga (jak powiesc) od najnowszego wpisu, świetnie, że się dzielisz wiedzą i poglądami. Sama mam dom z duzym ogrodem w jednym bardzo brudnym śląskim mieście, działkę dostał mąż i nigdy by sie nie zgodzil na sprzedaz „dziedzictwa”. I dobrze nam tu. Pozdrawiam i życzę zdrowia

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *