Krzewy / Kurów / Ogrodnicze ABC / Zakupy / Życie w Kazimierzu Dolnym i okolicach

Weekend w ogrodzie #18 – Uroki jesieni, praca i plony

szkółka Kurów

Odkryłyśmy z moją córką Józią bardzo interesujące centrum ogrodnicze.

Na mojej lubelsko – mazowieckiej mapie szkółek roślin pojawił się nowy gorący punkt. Nieprzeciętnie zaopatrzone centrum ogrodnicze odkryłam tym razem w miejscowości Kurów, położonej na trasie z Warszawy do Lublina. Gdybyście kiedykolwiek tamtędy przejeżdżali, warto się zatrzymać. Miasteczko od wieków słynie wprawdzie nie z ogrodów, ale przede wszystkim z tradycji kożuszniczej. W kurowskim zagłębiu skórzano – futrzarskim można nie tylko zamówić sobie na zimę indywidualnie zaprojektowaną „szubę”, ale także zreperować lub wyczyścić w atrakcyjnych cenach stare skórzane ubrania i akcesoria (ja poddałam renowacji kilka toreb i kozaki). Na skraju Kurowa mieści się zaś interesująca szkółka, zwana lokalnie „ogrodnikiem”, przy niej zaś nieprzeciętnie zaopatrzony sklep. Jeśli chodzi o ofertę roślin, to najwięcej jest oczywiście popularnych „niezniszczalnych krzewów”. Jednak jak na październik sporo było też ciekawych propozycji bylinowych. Dział cebulek zaś okazał się wręcz oszałamiający, ale o tym kiedy indziej. Skupiłyśmy się z moją córeczką Józią na oglądaniu roślin na placu. Wspaniałe mieniące się ognistą czerwienią trzmieliny bardzo mnie kusiły. Są to przepiękne jesienne krzewy i już nie raz próbowałam je u siebie sadzić. Niestety te które dotychczas uprawiałam padały łupem żarłocznych saren i zajęcy, dlatego tym razem postanowiłam kupić coś mniej szlachetnego a za to odpornego na leśnych smakoszy. Wybrałam pęcherznicę o bordowych liściach za 7 zł. Wybór był o tyle łatwy, że nieduża trzmielina w pojemniku kosztowała aż 30zł. Czy wy też macie jesienią problem „jak powstrzymać się od niekontrolowanych zakupów ogrodniczyc”h? Ja muszę się ograniczać nie tylko ze względu na budżet, ale też z rozsądku. Ileż to razy nie udało mi się posadzić w ciągu jednego weekendu wszystkiego co impulsywnie nakupiłam.? W takiej sytuacji zmuszona byłam zostawić rośliny  na działce (w pojemnikach, lub zadołowane w inspekcie) . Takie porzucanie sadzonek na cały tydzień, jak się domyślacie, jest bardzo ryzykowne i żadnemu kwiatkowi nie służy. Jeśli przez ten czas podeschną, może to wręcz oznaczać ich ostatni weekend w ogrodzie! Na wszelki wypadek więc zaczęłam kupować podczas weekendów tylko tyle, ile będę w stanie posadzić „za jednym zamachem”.

trzmielina

Rewelacyjne trzmieliny pięknie zdobią ogrody jesienią. Niestety nie są tanie, a u mnie padały dotąd ofiarą saren.

Szkółka Kurów dynie

W kurowskiej szkółce przygotowywano się właśnie do „Święta dyni”. Obok stoisko z bylinami nadal zachwycało bogactwem kolorów.

Tyle o zakupach. A jak sprawy się mają na naszej weekendowej działce? W tej chwili jest ona w fazie przechodzenia od ogrodu bylinowego w ogród który zdobią głównie krzewy i drzewa. Uwielbiam ten moment, gdy na działce robi się kolorowo bez praktycznie żadnego mojego udziału. Naprawdę obecnie nie mam zbyt wiele pracy na rabatach. Co innego jeśli chodzi o pracę w Warszawie. W stolicy jak zwykle sporo obowiązków gromadzi się na głowie i jak się domyślacie, z tego powodu właśnie ostatnio rzadziej publikuję wpisy. Żeby szybko nadrobić przerwę  w relacjach z ogródka pokazuję jak prezentuje się u nas złota polska jesień:

ogród jesień rabata 3 śliwka i dzikie wino  dekoracyjne krzewy

Oprócz niezawodnych hortensji wiechowatych wielką ozdobą ogrodu są kaliny, pęcherznice o ciemnych liściach oraz dereń kwiecisty Cornus florida który zrobił się aktualnie bordowy. Moja mama, która przebywa teraz w USA, na bieżąco relacjonuje mi co ciekawego dzieje się w przyrodzie po drugiej stronie oceanu i dzieli się amerykańskimi ogrodniczymi odkryciami. A jest się czym dzielić, bo przebywa w Nowej Anglii, słynącej z pięknie przebrawiających się jesienią lasów. Derenie kwieciste występują w USA w stanie dzikim, a w ogrodach są uprawiane najcenniejsze kultywary. Są więc popularne i rosną w amerykańskich przydomowych ogródkach oraz parkach w formie dorosłych kilkudziesięcioletnich drzew. Wiosną przepięknie kwitną, a wczesną jesienią mienią się kolorami liści. To jeden z niewielu gatunków derenia który lubię, inne obrzydły mi przez zieleń osiedlową na blokowiskach. Do cennych gatunków derenia dorzuciłabym jeszcze tylko dereń jadalny, który ma podobne walory co dereń kwiecisty. Nie mogę się natomiast przekonać do dereni syberyjskich, które są najłatwiejsze w uprawie ale też i mało szlachetne. Mój dwumetrowy egzemplarz Cornus florida zakupiłam wiele lat temu na Allegro. Gdy przyjechał w paczuszce miał jakieś 15 cm wysokości. Nigdy jeszcze nie kwitł (jak wspaniale te drzewa/krzewy prezentują się na wiosnę możecie sobie podejrzeć choćby tutaj), dlatego każdej wiosny obserwuję go niecierpliwie. Prawdopodobnie przez pierwsze lata życia miał za ciemno.Ostatnio został więc przesadzony na słoneczne pole. Przeprowadzka odbyła się w już w dość zaawansowanym dla derenia wieku, co na pewno mu nie pomogło mu skoncentrować się na produkcji kwiatów. Ustabilizowania się i zadomowienia nie ułatwiło też kilkukrotne zranienie pnia przez głodne zajączki, oraz mojego tatę, który potraktował go w młodości kosą spalinową. No cóż – takie są uroki dzikiej działki! Rośliny trzeba zabezpieczać nie tylko przed żarłocznymi zwierzętami, ale też przed nieuważnym mężem/ dziadkiem który nieświadomie może coś po prostu skosić.

praca na rabacie

Żeby jednak nie wyszło że narzekam na facetów, chciałam wspomnieć o naszej operacji karczowania forscycji. Jak zobaczycie na kolejnych zdjęciach to nie ja jestem obecnie najbardziej zajętym ogrodnikiem w okolicy. Mój mąż wraz z asystentką Józią pomógł mi niedawno w pozbyciu się jednej z naszych forscycji. Rosła na tyłach wielkiej bylinowej rabaty nie przydając  jej specjalnie uroku. Miałam już dość ogałacających się gałęzi i nieuporządkowanego pokroju tego krzaka.Wprawdzie na wiosnę forscycji zawsze się jakoś udawało uniknąć likwidacji. Darowywałam jej żywot widząc jak gałęzie oblepiają się żółtymi kwiatuszkami. Tym razem uznałam jednak, że jej brak walorów dekoracyjnych przez 90% sezonu jest wystarczającą przesłanką do jej usunięcia. Nieco dalej zostają jeszcze dwie forscycje, innej odmiany. Na miejsce tej wykarczowanej wsadziłam zaś nowo zakupioną pęcherznicę Physocarpus opulifolius. To krzew który znacznie lepiej w moich ogrodniczych warunkach się rozrasta (ma bardziej zwart pokrój). Fioletowe liście zdobią go całą wiosnę i lato. Jesienią przebarwia się na czerwono, a wczesnym latem jeszcze ładnie kwitnie. Inaczej niż forscycja, pęcherznica kalinolistna może obejść się bez przycinania (u mojej wywalonej forscycji ograniczanie jej bujnego wzrostu i tendencji do łysienia u podstawy było prawdziwą udręką, szczególnie że krzewy te kwitną na dwuletnich pędach więc okres w którym ich cięcie można bezpiecznie przeprowadzać jest krótki). Na wszelki wypadek rok temu wykonałam sadzonkę z usuniętego krzewu forsycji. Trzymam ją w ogrodniczej przechowalni na wypadek gdybym za zatęskniła za żółtym krzaczorem. W końcu w młodości wyglądała jeszcze jako tako.

praca na rabacie 2

Postanowiliśmy wykarczować mało satysfakcjonujący egzemplarz forsycji. Najpierw ostro obcięłam 3-metrowe gałęzie, potem do akcji wkroczył mój mąż.

Niedawno obiecałam, że będę opisywać na blogu sprawy praktyczne. Opowieść o aranżacji forscycjowo -pęcherznicowej to dobry pretekst by podpowiedzieć mniej doświadczonym ogrodnikom jak moim zdaniem dobrze jest przygotowywać nowe nasadzenia. Mój sposób dotyczy zarówno sadzenia roślin w pojemnikach, jak i wszelkich sadzonek wykopanych, dzielonych czy przesadzanych. Oto moje żelazne zasady:

  1. Przy przesadzaniu zawsze staram się wykopywać jak największą bryłę ziemi z korzeniami, choćby wymagało to ode mnie nie lada jakiego wysiłku. Podczas wyczerpującego kopania często korci mnie by pójść na skróty i poucinać szpadlem korzenie aby daną roślinę łatwiej było wydobyć z ziemi. Nie warto tego robić. Gdy wiem, że sama sobie nie poradzę (np. z dorosłymi krzewami, wielkimi bylinami takimi jak sadźce) – proszę o pomoc rodzinę. Bywa, że niektóre operacje wykonujemy we 3 osoby np. przesadzając duże krzewy.
  2. Nowe miejsce sadzenia musi być starannie odchwaszczone. To co piszą w gazetkach, że dziura powinna być dwa razy większa od średnicy doniczki, to prawda. Ja robię niekiedy trzykrotnie większą dziurę. Jeśli o to zadbacie, nie ma szans by jakaś roślina Wam się nie przyjęła.
  3. Na gliniastej glebie kluczowe jest wzbogacenie jej struktury. Wykopaną ziemię wkładam do wiadra lub na taczkę, gdzie mieszam ją z kupioną lekką ziemią ogrodową. Ewentualnie mieszam z moim domowej roboty kompostem. W różnych częściach ogrodu mam różne rodzaje gleby (bardziej lub mniej zbitą glinę) i za każdym razem  proporcje podłoża oceniam „na czuja”. Sprawdzam w dłoniach czy gleba jest już wystarczająco grudkowata, czy nie klei się, czy jest luźna. Dla roślin lubiących bardziej przepuszczalne i jałowe podłoże takim jak lawenda, dodaję niekiedy nieco piasku, a hortensjom i rododendronom – jak najwięcej torfu.
  4. Bywa, że na dno dołka wsypuję wiadro kompostu (tylko starego, minimum rocznego) i mieszam ręką lub szpadlem bezpośrednio w dole. Sadząc krzewy takie jak róże kilka razy dosypywałam na dno mączki rogowej kupionej w sklepie dla rolników. Daje to dobre efekty.
  5. Przesadzając wielkie rośliny, zwłaszcza krzewy, najpierw wlewam całą konewkę wody na dno dołka. Dopiero gdy miejsce sadzenia jest nawodnione, ładuję do środka roślinę. Potem i tak całość podlewam jeszcze raz lub dwa, nie tyle by dostarczyć wody, ile by „pozamykać” dziury powietrzne. Dzięki obfitemu podlaniu gleba oblepia korzenie rośliny co według mnie znacznie lepiej pomaga jej „wystartować” w nowym miejscu. Jeśli sadzę rośliny o kruchych korzeniach, np. piwonie, szparagi, rozwary wielkokwiatowe czy duże liliowce, to staram się nie deptać dookoła nich. Najwyżej lekko ugniatam podłoże dłońmi i czekam aż woda wszystko „ubije”.
  6. Nie ma rośliny która nie doceni grubej warstwy korowej ściółki wysypanej dookoła bezpośrednio po posadzeniu. Pomaga ona zatrzymać wilgoć w glebie i ogranicza rozwój chwastów w czasie gdy roślina się przyjmuje i nie może tracić energii na walkę z konkurencją. Nawet rozchodniki i inne gatunki które teoretycznie nie lubią kwaśnego PH doceniały ten zabieg. Kto inny może próbować ze żwirkiem itp., u mnie kora sprawdza się najlepiej.

Przestrzegając powyższych zasad możecie przesadzać rośliny nawet w oficjalnie zakazanych teminach. Z mojego doświadczenia wynika, że się udaje. Oczywiście latem pamiętamy o regularnym podlewaniu kiedy tylko się da (czyli przynajmniej w weekendy). Jesienią wystarczy robić to tylko w okresie kiedy długo nie pada.W ten sposób dzielę i przesadzam: sadźce, złocienie, floksy, rozchodniki, liliowce, szałwie, bukwice, tojady, zawilce jesienne, astry jesienne, tawułki, kocimiętki, pysznogłówki, rudbekie, trawy, słoneczniczki, pluskwice, penstemony, irysy mieczolistne, bodziszki, ciemierniki, przetaczniki, piwonie. Gatunki o grubych kłączowych pędach dzielę nożem. Pozostałe – rękoma lub szpadlem. Z krzewów wykonuję sadzonki odcinając i przesadzając ukorzenione „pełzające” pędy.

TUTORIAL:

Przesadzanie i dzielenie to nie jedyne absorbujace nas działkowe zajęcia. Stopniowo rozpoczęłam zabieg obcinania przekwitłych wiechci bylin. Wreszcie pozbyłam się liści piwonii (zrobiły się czarne). Takie zarażone pędy wycinam tuż u nasady i palę. Usunęłam też kwiatostany sadźcom, które zawiązały nasiona (wcześnie kwitnące odmiany). Przy okazji rada: jeśli chcecie wydłużyć okres kwitnienia sadźców i innych bylin np. szałwii omszonych – spróbujcie na początku maja ściąć ich pędy o 1/3 – 1.4 wysokości. W efekcie kwiaty pojawią się o 2-3 tygodnie później, cała roślina będzie też niższa i bardziej zwarta. Nie próbujcie tego z tojadami! Nie zdążą zakwitnąć. Odnośnie wycinania przekwitłych pędów na zimę – to temat na oddzielny wpis, ponieważ jest zarówno tylko zwolenników tego zabiegu, co jego przeciwników. Ja przez lata wypracowałam swoją własną metodę „stopniowego działania”. Polega to na wycinaniu roślin od października począwszy, w marcu kończąc. Metoda ta nie pozwala na przepracowanie się. Umożliwia zachowanie tego o co walczą ekolodzy – nie ścięte kwiatostany są dobrym domem dla zimujących owadów. Poza tym rabaty uprzątane stopniowo nie straszą „golizną” i łysą ziemią już na początku zimy. W przypadku niektórych roślin takich jak rozchodniki, trawy ozdobne czy żelaźniaki czekam z obcinaniem pędów aż do wiosny, gdyż ich oszronione liście i kwiatostany dekorują moim zdaniem nawet w środku zimy. Od kilku sezonów pracuję też nad tym by moje rabaty stały się w stu procentach bylinowe, tak bym mogła rozprawiać się z przekwitłymi badylami za pomocą kosiarki. Tak, kosiarki. Pisałam już o tym kiedyś przy okazji „bylinowych łąk”. Choć metoda ta brzmi kontrowersyjnie, to zdaje mi się idealna dla weekendowca. Zamiast ręcznie wszystko wycinać, po prostu przejeżdżamy po przekwitłej rabacie ustawionej na najwyższą wysokość kosiarką. Naturalnie bez kosza, tak by ścięte resztki pędów trafiły z powrotem na miejsce i ulegając rozkładowi przez zimę chroniły rośliny przed chłodem, a zarazem użyźniały glebę. Takie działanie ma sens jeśli przedtem pozbędziemy się nasion oraz zainfekowanych grzybicą części roślin. Kiedy już dojrzeję wewnętrznie do „koszenia rabat”, na pewno Was o tym poinformuję 🙂

To wszystko do spalenia - gałęzie i pędy roślin które zostały zarażone lub zawiązały nasiona przez co nie mogą trafić na kompost.

To wszystko trafia do spalenia – gałęzie i pędy roślin które zostały zarażone lub zawiązały nasiona przez co nie mogą trafić na kompost.

Uprzątanie rabat to na razie dopiero początek. Wykopywanie dalii jeszcze przede mną. Póki co kwitną sobie w najlepsze:

dalie dalia różowa

Faceci mają na działce swoje sprawy i nie jest to wyłącznie kosiarka. Mój mąż i tata ostatnio borykali się z pocięciem i przetransportowaniem z wąwozu gigantycznej zwalonej topoli (hurra, jedna mniej! Wybaczcie że się tak cieszę, ale szczerze nie przepadam za tymi drzewami – vide mój wpis tutaj).

dynie hokkaido

cięcie drzewawiciokrzew

Jak wiecie weekendy w ogrodzie to nie tylko harówa. Cieszymy się też urokami okolicy (kazimierskie wąwozy o tej porze roku są wspaniałe). Jemy smakołyki z ogrodu (swojego albo sąsiadów). Uwielbiam jesienne potrawy z warzyw dyniowatych. Zakupione w Kurowie dynie Hokkaido to prawdziwy rarytas, jeśli znajdę wolną chwilę to opublikuję osobny wpis o tym co pysznego można z nich przyrządzić.

Józia i Fara Kazimierska

Pyszne dynie hokkaido to coś na co warto czekać do jesieni. Podobnie jest z widokami Kazimierza Dolnego całego w złocie jesiennych liści.

rabata bylinowa z astrami


Rabaty powoli rudzieją. Na razie usunęłam tylko obumarłe pędy piwonii i niektóre sadźce które zdążyły już zawiązać nasiona. Reszta bylin rośnie sobie w najlepsze.

marcinki

Nowe odmiany marcinków rozwijają kwiaty. Te kwitną mimo iż zostały lekko zagłuszone przez sąsiedniego irysa.

jedzonko jesienne

Jesienne przekąski z cukinii.

Jesień 2007

Jesień to także czas refleksji i ogrodniczych podsumowań. W tym roku doszłam do wniosku że bardzo żałuję, że nie posadziłam słoneczników. Te na zdjęciu, w odcieniu rudości kwitły u mnie w 2007 roku i bardzo tęsknię za ich rdzawym odcieniem.

Zobacz również

1 komentarz do “Weekend w ogrodzie #18 – Uroki jesieni, praca i plony

  1. Z kosiarką na rabatę, to byłoby coś 🙂 Pomysł genialny w swej prostocie, chociaż ja bym się skłaniała raczej ku wkroczeniu tam z podkaszarką, ale mój ogród, to zupełnie inna skala wielkości.
    Porady przydatne i dla wielu nie tak oczywiste, jakby się wydawało.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *