Byliny / Drzewa / Iglaki / Mój ogród / Ogrodnicze ABC / Weekendy w ogrodzie

Weekend w ogrodzie #3 – Ciężka praca i ciężki sprzęt

Czy ogrodnik może chcieć czegoś więcej niż piękna pogoda i mnóstwo wolnego czasu? Tak bardzo nie mogłam się doczekać weekendu, że planowałam po dotarciu na działkę pobiec i pracować w ogrodzie choćby w środku nocy. Oczywiście moje wyobrażenia, jak to zwykle bywa, zostały poddane dość brutalnej rewizji. Nasz przyjazd wiązał się bowiem z pojawieniem pewnego nowego „elementu”, a mianowicie traktora. Wieźliśmy „sześćdziesiątkę” z Warszawy na lawecie przez dobrych kilka godzin. Trasa którą pokonywałam przecież setki razy, dłużyła się teraz w nieskończoność. Dojechaliśmy po pierwszej w nocy, także zamiast wdychać nocne wiejskie powietrze i obserwować gwiazdy na bezchmurnym niebie, po prostu położyłam się spać.

zdjecie (4)

Kiedy następnego dnia obudziłam się nieco później niż planowałam, musiałam zacząć od tradycyjnego „obchodu”. Gdy w ogrodzie bywa się nie częściej niż raz na tydzień, trzeba przede wszystkim skupić się na obserwacjach, szybko nadrobić nieobecność. Za każdym razem sprawdzam jak się miewają rośliny, jak wyglądają nowe nasadzenia. Czy niczego im nie brakuje? Czy pojawiły się już szkodniki albo jakieś choroby? Obserwuję też otoczenie działki, notuję co zakwitło w lesie, krytycznie oceniam ogrodową kompozycję – czy gdzieś nie trzeba by czegoś zmienić, albo dosadzić?

ogród marzec

Od dawna dręczyła mnie sprawa jarzębiny, ponurej pozostałości po dawnej właścicielce działki. Oryginalnie nieopodal domu rosły aż cztery jarzębiny, posadzone w rzędzie. Ten kto je sadził, zapewne miał na myśli żywy płot. Nie żywopłot, ale dosłownie – żywy płot. Do tego stopnia, że do pni jarzębin przybił deski ogrodzenia. Nie muszę chyba opisywać jak to wyglądało, i tłumaczyć dlaczego się tego pozbyliśmy. Po zaprowadzeniu „naszych rządów” na działce płot uległ likwidacji. Ale szybko okazało się, że jarzębiny nadal bardziej szpecą, niż zdobią. Główna rabata na którą patrzymy z tarasu była nieustannie przysłonięta przez ten niefortunny szpaler. Jarzębiny mają raczej smukły pokrój, niczym wielkie wydłużone lizaki. Trzeba było zawsze zadzierać głowę by w ogóle dojrzeć ich urodę – kwiaty i owoce. Z perspektywy domu widać było przede wszystkim pnie i szarą korę, całkowicie nieozdobną, w dodatku poharataną przez wspomniane gwoździe i płoty. Ileż to razy marzyłam by pospolite drzewka zamieniły się w ozdobne wiśnie Kiku-shidare! A w każdym razie w coś, co jest niższe i szersze, ozdobne także z kory. Niestety, na próżno. Cztery „słupy” przez ostatnie lata blokowały mi widok z tarasu na kwiaty. Wyglądało to tak: DSCN7251 DSCN7448

Z pomocą przyszła mi przyroda. Dwie z jarzębin po jakimś czasie zachorowały, dlatego pozbyliśmy się ich bez żalu. Została najładniejsza – rosnąca po lewej stronie, którą zdążyłam zaakceptować, a nawet założyć u jej stóp małą rabatkę. Po prawej zaś stronie cały czas dogorywał ostatni smętny jarzębinowy drapak. I to właśnie to drzewo od dawna chciałam zlikwidować. Jego nieodwracalnie uszkodzona kora tylko szpeciła i zasłaniała moje kwiaty. Wysoka korona rzucała dookoła cień, zimą nieregularne konary wyglądały nieatrakcyjnie. Silne korzenie wysysały wilgoć z ziemi i nie pozwalały sąsiedniej rabacie się rozwijać. I na koniec – jarzębina zaczęła zagrażać budynkowi, obok którego stoi. Mogłaby się połamać i zmasakrować dach przy pierwszej większej burzy. Klamka zapadła, i podjęliśmy decyzję o usunięciu trzeciej z czterech jarzębin. I tutaj przywieziony z trudem „Ursus” okazał się nieoceniony. W tamtej chwili utwierdziłam się w przekonaniu, że bez pomocy „chłopaków” (taty i męża) niewiele bym w ogrodzie zdziałała. Na pewno nie wykonałabym prac na taką skalę.

drzewo 1

drzewo 4

drzewo 2

drzewo 3

Wycinanie drzewa to zawsze proces pełen dramatyzmu. Nie żebym żałowała swojej decyzji – absolutnie! Należę do ogrodników, którzy uważają, że jeśli coś nie pasuje, to trzeba to zmienić za wszelką cenę. Nie znoszę kompromisów. Wielokrotnie podejmowałam ryzyko wycinając i przesadzając dorosłe drzewa czy krzewy, i niemal za każdym razem decyzja była trafiona. Tak też było z felerną jarzębiną. Gdy drzewo padło, poczułam wielką ulgę. Po wykarczowaniu pnia (Ursusie, dziękuję!) i uprzątnięciu ziemi, pozostała pusta przestrzeń. Oczywiście od dawna miałam już plan na jej zagospodarowanie. Wiązało się to z kolejną wielką operacją – przesadzeniem cisu. Jak się zaraz przekonacie, nie warto się wstrzymywać nawet przed wielkimi zmianami w ogrodzie. Boicie się przesadzać dorosłych krzewów? Niepotrzebnie.

Jak wiecie na początku moich doświadczeń ogrodniczych popełniałam wiele błędów. Jednym z nich było lekceważenie faktu, że rośliny występują w różnych odmianach. Sześć lat temu posadziłam w rzędzie obok siebie cztery cisy, niestety trzech różnych gatunków. Jednego zdążyłam już zabrać z pierwotnego miejsca ostatniej jesieni, z czego się bardzo cieszę. Pozostał jeszcze smukły mieszaniec taxus x media „Krzysztof”, który nijak nie chciał się uformować w przysadzisty obły kształt, i upodobnić do sąsiadujących z nim krzewów. Zrozumiałam gdzie powinien rosnąć – nie przy granicy działki, a bliżej budynku, na tle jasnego kamiennego muru, gdzie jego ciemne igły będą należycie wyeksponowane. Tam gdzie rósł obecnie jego strzelisty pokrój zdawał się być wadą, nie zaletą. Otoczony z każdej strony przez otwartą przestrzeń – rozległe pole, cis wyglądał po prostu nieproporcjonalnie chudo i rachitycznie. Co innego będzie na tle ściany, w towarzystwie rabatowych roślin. Korzystając z faktu, że po jarzębinie pozostał dół pełen spulchnionej ziemi, postanowiłam na to miejsce przenieść „Krzysztofa”.

cis 2     cis 1

Jak widzicie okaz ten miał już dobre półtora metra. Ale dla chcącego nic trudnego, zwłaszcza gdy pomaga mąż. Cisy mają wiązkowy system korzeniowy, dzięki czemu dobrze znoszą przesadzanie. By się upewnić, że na nowym stanowisku „Krzysztof” sobie poradzi, wsypaliśmy mu całą taczkę kompostu. Na dno sporego dołka włożyłam też plastikową rurkę, której wejście znalazło się tuż nad poziomem gruntu. Będę przez nią wlewać wodę bezpośrednio do korzeni krzewu. Jestem pewna, że cis się przyjmie, jeśli tylko będzie w miarę wilgotno, a ja nie zapomnę o podlewaniu. Powinien szybko wypuścić nowe korzenie i się ładnie zregenerować.

Wykopany cis taxus x media "Krzysztof" wyglądał trochę przerażająco...

Wykopany cis taxus x media „Krzysztof” wyglądał trochę przerażająco…

cis 5    cis 6

Na nowym miejscu prezentuje się doskonale. Myślę że pełnia urody nowej kompozycji będzie widoczna za kilka miesięcy, gdy rozwiną się sąsiednie byliny, dzikie wino na murku, i zakwitnie róża. Jeśli chcecie dowiedzieć się nieco więcej na temat cisów, zajrzyjcie tutaj.

*   *   *

Podczas tego weekendu moim głównym zajęciem było dzielenie bylin. Wykopałam, podzieliłam i wsadziłam na nowe miejsce ponad czterdzieści roślin! Kocham byliny, i mam ich całe mnóstwo. Moje ulubione gatunki wymagają co jakiś czas dzielenia i rozsadzania, by kwitnienie nie słabło. Kiedy tak siedziałam na rabacie z dłońmi zanurzonymi w ziemi, znowu przypomniałam sobie moje ogrodnicze początki. Zawsze na wiosnę miałam problem z rozpoznaniem kiełkujących roślin ozdobnych i odróżnieniem ich od chwastów. Na etapie wybijających pędów trudno było mi rozpoznać to co szlachetne, a co zasiało się samo przez przypadek. Mało tego: nie wiedziałam, że niektóre byliny potrzebują więcej czasu na „wyjście” z ziemi, przez co zdarzało mi się błędnie brać je za martwe, i wykopać. No cóż, człowiek uczy się przez całe ogrodnicze życie…

trzykrotka  chaber górski tojad  rozchodnik

Czerwone pędy trzykrotki wirginijskiej, pokryte kutnerem chabra górskiego, mięsiste niebieskie rozchodnika  i czerwono – zielone błyszczące tojadu.

Całe szczęście o tej porze roku w ogrodzie wiele roślin już kwitnie. Najbardziej oczywiście sprawia mi radość obserwowanie ciemierników helleborus, które nazywam „różami zimy”. Podczas gdy niektóre zawiązały już nasiona, inne dopiero rozpoczynają spektakl kwitnienia. Doszłam do wniosku, że nie wszystkie znajdują się w odpowiednich dla nich miejscach. Jak tylko przekwitną, biorę się za przesadzanie. Moim tegorocznym ulubieńcem stał się całkowicie czarny ciemiernik  na którego mówię „black beauty” (nie jest to nazwa oficjalna, tylko wymyślona przeze mnie). Prawdziwa nazwa tej odmiany jest mi niestety nieznana, choć przypomina trochę „London Fog”. Zakupiłam go kilka lat temu, gdy nie miałam jeszcze w głowie notowania nazw tego co sadzę w swoim ogrodzie. Ciemiernik ten ma niemal czarne, aksamitne płatki o odcieniu fioletowo – brunatnym. Bardzo ciemne są też jego liście i łodygi. Wygląda naprawdę intrygująco, niczym czarny rycerz, nietoperz albo cień. Do tej pory najwyraźniej go nie doceniałam. Muszę czym prędzej przesadzić black beauty na bardziej eksponowane miejsce, gdzieś gdzie jego unikalne piękno będzie mogło zostać docenione z bliska. Możliwe, że dla towarzystwa dodam mu trochę kremowych pierwiosnków. Jaśniejsze kwiatki stworzą kontrastujące połączenie i optycznie wydobędą czerń z jego płatków.

ciemiernik 6 ciemiernik 5a ciemiernik 8

Białe i różowe ciemierniki też prezentowały się nieźle. Wśród ich kwiatów zauważyłam nawet pierwszą w tym roku pszczołę. Więcej o uprawie ciemierników przeczytacie tutaj.

ciemierniki 10 ciemiernik 10  ciemiernik 4ciemiernik 2 ciemiernik 9ciemiernik 1

Gwiazdami ogrodu są też oczywiście prymulki primula. Wąwóz natomiast zrobił się niebieski od przylaszczek hepatica nobilis.

prymulkaprzylaszczki

Po raz pierwszy zobaczyłam też efekty jakie daje podsadzanie krzewów liściastych cebulowymi bylinami. Cebulice syberyjskie scilla siberica rozsiały się już licznie u stóp leszczyny. Niepozorne, ale cieszą niesamowicie, zwłaszcza gdy dookoła wciąż królują kolory szary i brązowy. Inną cebulową niespodzianką była dość nietypowa roślina o nazwie złoć żółta gagea lutea. Kupiłam ją niegdyś podobnie jak cebulice w Lidlu.

cebulice

złoć żółta

Kiedy tak chodziłam dookoła ogrodu i podziwiałam wiosenne kwiatki, niestety natknęłam się na pewne smutne znalezisko. Pod samym gankiem leżała martwa sójka. Jej widok przyprawił mnie niemal o łzy. Czyżby przypadek, że zmarła akurat tu? Podejrzewałam przez chwilę jednego z naszych lokalnych drapieżników – sowę „Myszkina” zamieszkującą komin, lub myszołowa z pobliskiego lasu, który raz na moich oczach niemal nie zabił synogarlicy. Potem mordercze podejrzenia padły na kunę, także mieszkankę naszego dachu (jego podbitki). Ale gdyby zrobił to któryś z wymienionych zwierzaków, czy nie byłoby śladów? Porozrzucanych piórek? Biedna sójka. Dobrze, że w okolicy żyje ich tak wiele, nie raz ganiają się po ogrodzie we dwie, we trzy jednocześnie. Miejmy nadzieję, że to ostatni martwy ptak jakiego znalazłam w pobliżu domu.

sójka

*     *     *

Wiecie już, że nie jestem zwolenniczką bezrefleksyjnego podążania za książkowymi zasadami, i że bardzo cenię doświadczenie (własne, i innych zaprzyjaźnionych ogrodników). Mam zatem nadzieję, że nie będziecie zbulwersowani moimi postępkami w ogrodzie po tym co zaraz napiszę. Chodzi o irysy. Mój stosunek do nich najlepiej określiłabym (znowu) po angielsku, jako „love-hate relationship” – naprzemienną relację miłości i nienawiści. Uwielbiam na nie patrzeć, mieć je w ogrodzie. Nie przepadam zaś za ich pielęgnowaniem. Wiedzcie że nie są to wymarzone rośliny dla weekendowego ogrodnika. Pozostawione w ogrodzie same sobie najpewniej szybko zginą. Przyznam się, że jako typowy ogrodnik-weekendowicz moje irysy traktuję nieco po macoszemu. Co jakiś czas jedynie rusza mnie sumienie, które każe poświęcić im nieco więcej uwagi. Impulsem do działania tym razem były rearanżacje na tzw. żółtej rabacie. Ale zacznijmy od początku.

Mam pokaźną kolekcję irysów iris germanica. Tych największych, bylinowych irysów, kwitnących w czerwcu. Grupę o której mowa kupiłam kiedyś na bazarku w Kazimierzu Dolnym od starszej Pani w formie sadzonek ukopanych luzem. Było to latem i irysy właśnie kwitły (sic!). Chciałam nabyć brązowe, ale Pani babcia dorzuciła mi po taniości całą foliową torbę innych okazów. Na pytanie jakie mają kolory powiedziała:  „Kochana, a bo ja wiem? Nie pamiętam, rozmaite”. Wzięłam więc cały worek irysów bez specjalnego entuzjazmu, przekonana że raczej się nie przyjmą. Nie miałam przygotowanego miejsca, posadziłam je więc na pochyłej rabatce na końcu ogrodu. Miejsce to okazało się fatalne – zbytnio zacienione. W dodatku rosnąca obok kocimiętka i bodziszek łąkowy skutecznie wygrały konkurencję z irysami o dominację na rabacie. Mimo tego kłącza jakoś przetrwały. Nawet zakwitły – wprawdzie słabo i tylko raz (nie wszystkie). Następnie stopniowo zaczęły ulegać degradacji, aż do teraz. Spojrzałam na nie i pomyślałam, że właśnie zwolniło się miejsce na nową irysową rabatkę, z drugiej strony naszej „obórki”. Po chwili przyszło jednak zastanowienie – przecież irysy sadzi się i dzieli w lipcu, jak przekwitną! Czy zatem zrezygnowałam z przesadzania? Oczywiście, że nie.

irysy dzielenie2

Do czego zmierzam? Nie należy ślepo wierzyć książkom. Skoro babcia z Kazimierza sprzedała mi irysy z nagimi korzeniami w trakcie kwitnienia, i się przyjęły, to dlaczegóż by ich znów nie przesadzić w niezbyt dogodnym terminie? Już tak robiłam z innymi irysami w różnych częściach ogrodu, i próby te zdawały egzamin wielokrotnie. Wprawdzie przesadzanie irysów w marcu oznacza brak kwiatów w obecnym sezonie, ale cóż – nie byłoby ich tak czy siak, w cieniu i wśród chwastów. Poza tym polecany przez hodowców lipiec wbrew pozorom nie jest takim idealnym terminem na przesadzanie. Irysy germanica są wprawdzie już po zakończeniu kwitnienia i całą energię mogą włożyć w ukorzenianie się. Ale trzeba zapewnić im wilgoć w czasie suchej lipcowej pogody. Jak ma tego dokonać ktoś, kto w ogrodzie bywa tylko w weekendy, ponadto latem wyjeżdża na wakacje, do rodziny czy na Openera? W ostatni weekend wykopałam dwa wiadra kłączy. Były niemiłosiernie splatane, przerośnięte, częściowo zbutwiałe i zachwaszczone. Niezbędne było podzielenie roślin. Zostawiłam tylko najmocniejsze, najbardziej dorodne fragmenty. Pozostałe sadzonki trafiły do ogrodniczej poczekalni.

irysy 3

Wykopane kłącza tworzyły monstrualnie rozrośnięte kępy. Koniecznie musiałam je podzielić. Po tym zabiegu już nie wszystkie rośliny nadawały się do dalszej uprawy.

irysy dzielenie

Do dzielenia irysów najlepszy jest profesjonalny ogrodniczy nóż, który zostawia czyste nieposzarpane krawędzie. Tak ucięte kłącze łatwo się goi. Jeśli nie macie takiego noża, wykorzystajcie jakikolwiek ostry np. kuchenny.

Na zdjeciu kłącza zaznaczyłam przerywaną linią gdzie należy ciąć. Pozostałą część można wyrzucić, stare kłącze pozbawione „oczek” i tak zgnije. Najmniejszy „kiełek” można spróbować podhodować w inspekcie.

irysy

Co warto wiedzieć o sadzeniu irysów germanica? Przede wszystkim lubią słońce. Na początku trzeba je kilka razy podlać, szczególnie po posadzeniu (dlatego wiosna jest lepsza, bo ziemia jest naturalnie wilgotna inaczej niż latem). Gdy się już zadomowią w nowym miejscu, podlewanie nie będzie konieczne. Rośliny te lubią mieć raczej sucho. Nie służy im zacienienie, przeszkadza nawet cień rzucany przez ich własne liście, także warto sadzić je „oczkiem” w stronę północy. Gleba dla tego typu irysów może być przeciętna. U mnie w ogrodzie jest glina, więc przed posadzeniem wymieszałam ją z lekkim podłożem uniwersalnym. Irysów nie trzeba nawozić, natomiast konieczne jest dzielenie co 3-4 lata, i związane z tym usuwanie starych kłączy.

irysy rabata

Irysy na nowej rabacie. Warto je sadzić tak aby nie rzucały cienia same na siebie.

 Po zabiegu rozsadzania zostało mi dużo nadprogramowych sadzonek. Już wkrótce uruchomię rozdawnictwo dla moich najwierniejszych czytelników. Szczegóły pojawią się wkrótce na facebookowym fanpage bloga.

Zobacz również

7 komentarzy do “Weekend w ogrodzie #3 – Ciężka praca i ciężki sprzęt

  1. Przepraszam Cię, ale ja bym się tak publicznie na blogu nie “chwaliła” wyrywaniem drzewa. Chyba, że miało mniej niż 10 lat, albo było pozwolenie na wycinkę.
    Irysy lubię jak kwitną, potem trochę mniej. Posadzone są nieco z tyłu za niskimi krzewami. Często liście mają porażone chorobami grzybowymi. Tego nie lubię.
    Irysy chyba rzeczywiście przyjmują się bez względu na termin. Zresztą jak się ma zielone palce, to wszystko łatwo przychodzi 🙂

  2. Chętnie pomogę zdiagnozować problem. Najczęściej brak kwitnienia wynika z niedoboru słońca. Może są w cieniu, albo za gęsto? Kłącza powinny wystawać nad ziemię (traktuj je jak części łodyg, nie jak korzenie).

  3. Pingback: Weekend w ogrodzie # 6 – Majówka | Weekend w ogrodzie

  4. Pingback: Jak stworzyć ogród od zera? Historia weekendowej działki | Weekend w ogrodzie

  5. Pingback: Weekend w ogrodzie #16 – Jabłka, śliwki i morze kwiatów | Weekend w ogrodzie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *