Historia / Mój ogród / Weekendy w ogrodzie / Zwierzęta / Życie w Kazimierzu Dolnym i okolicach

Weekend w ogrodzie # 8 – Czasem słońce czasem deszcz

Moje wpisy ostatnio przypominają pamiętnik malkontenta. No ale jak tu nie narzekać na pogodę? Ten weekend w ogrodzie był prawdopodobnie ostatnim jaki uda mi się „zaliczyć” w maju. Te zaledwie dwa dni to jedyny czas, który można (i trzeba) było poświęcić na pielęgnowanie trawnika, pielenie rabat, przycinanie żywopłotów etc. W tej sytuacji perspektywa opadów 60 cm deszczu i alarm powodziowy wojewody lubelskiego w TV Lublin nie nastrajały pozytywnie. Na naszej działce lało tak intensywnie, że jedyne co mi pozostało to nagrać krótki filmik. Jakość „z komórki” nie oddaje tego jak mocno padało, widać jednak jakie bajoro zrobiło się pod rynną i jak „położyła” się kalina która nie była w stanie utrzymać już dłużej wielkich białych śnieżnych kul nasiąkniętych wodą.

W końcu deszcz ustał. Nasza okolica taplała się teraz w błocie. Kazimierskie jary i wąwozy zamieniły się w rwące strumienie, gdzie w dodatku tu i ówdzie zalegały powalone drzewa czy ułamane gałęzie. Rowy po brzegi wypełnione wodą, asfaltowe ulice pokryte iłem, a nasz trawnik zamieniony w jeziorko – taki obraz ukazał nam się w sobotę około 13.00. Czekając aż „przeschnie” pojechaliśmy eksplorować okolice. Prawdę mówiąc naszym celem była też szkółka i zakup jednego drzewka, no ale dużo ciekawszy okazał się przystanek i spacer po okolicach Kazimierza Dolnego.

usuwanie powalonych gałęzi

Żeby wyjechać z naszej wsi musieliśmy zatrzymywać się by odsunąć zalegające w wąwozach konary.

spacerek w błociePapiernia w Celejowie - ruiny w Celejowie

W miejscowości Celejów położonej na trasie z Lublina do Kazimierza Dolnego mieszczą się zagadkowe ruiny, jeden z wielu śladów obecności i działalności na tych ziemiach rodziny Czartoryskich. Mowa o starej papierni, kultowym dla niektórych zabytku z 1826 roku. Dziś patrząc na rozsypujące się ceglane ściany trudno uwierzyć, że w czasach świetności była to największa papiernia w Królestwie Polskim. Produkowano tu 3000 ryz papieru rocznie! Po tym jak Czartoryscy za pomoc w powstaniu listopadowym utracili wiele ze swoich majątków, także i Celejewska papiernia została skonfiskowana przez władze carskie. Funkcjonowała jeszcze długo bo aż do II Wojny Światowej jako młyn (budynek zbudowano nad wartką rzeką Bystrą, dopływem Wisły, tą samą rzeczką która przepływa przez naszą wieś). Niegdyś na Bystrej mieściło się wiele młynów i urządzeń spiętrzających wodę. Z tego powodu lokalne władze promują teraz okolicę jako tzw. „Szlak młynów wodnych”.

szlak młynów

Wracając do Czartoryskich – jako wielbicielka dorobku Izabeli Czartoryskiej (1746 – 1835), o której wspominałam między innymi tutaj, z sentymentem patrzę na uroczy ceglany budynek papierni – młyna, który z każdym dniem niszczeje, zarasta dzikim bzem i obraca się w ruinę. Trudno uwierzyć, że zaledwie 60 lat temu budynek miał jeszcze dach, okna, okiennice, i tynki. (Fot. Ze zbiorów Mikołaja Spóza via www.mmpulawy.pl)

spoz1_3

Papiernia Celejowska w latach 60 XX wieku stopniowo zaczęła popadać w ruinę.

Obecnie ruiny papierni to własność prywatna. Właściciel czerpie dochody z łowiska, które mieści się na tej samej posesji. Niestety los budynku zdaje się przesądzony – nie widać perspektyw na jego uratowanie. A szkoda, bo mogłoby to być coś wspaniałego, niekoniecznie centrum handlowe jak w podwarszawskim Konstancinie (gdzie właśnie dzięki takiej rewitalizacji zrujnowaną papiernię uratowano od degradacji). W Celejowie można by założyć hotel, centrum kultury, muzeum papiernictwa, albo filię muzeum Czartoryskich…  Rozmarzyłam się, a tymczasem miałam pisać o naszym ogrodzie. W końcu do niego dotarliśmy. Nawet zrobiło się ciepło i słonecznie. Oto jak wyglądały moje rośliny po przejściu giga – ulewy:

tulipany po deszczu

kalinamak orientalny

Pierwsze delikatne kwiaty maków orientalnych ubrudziły się niczym biała jedwabna suknia, którą ktoś wrzucił do kałuży. Tulipany, ostatnie które przetrwały nawałnice, opuściły główki do dołu. Kalina prawie się połamała, aż musieliśmy pospinać jej wielkie gałęzie pasami holowniczymi (na zdjęciu widać jak mój Tata mocuje się z krzewem). Wielkie deszcze nastręczają jak widać problemów, ale kto chce ten znajdzie w obfitych opadach też i zalety. Dzięki wilgoci nie mam w ogóle problemu z roślinami, które przesadzałam w marcu i kwietniu. Wszystko się przyjęło doskonale, ponieważ ziemia jest stale wilgotna. Dziesiątki bylin, cisy, trawy – wszystko zaaklimatyzowało się znakomicie bez jakiegokolwiek wysiłku z mojej strony. Opady deszczu znacznie ułatwiają też pielenie, kto ma glinę w ogródku ten wie. Wyrywanie podagrycznika czy perzu z suchej gliny to koszmar. Z wilgotnej zaś – błahostka. Walka z chwastami przybrała zatem iście wojenny wymiar. Napiszę o tym więcej następnym razem. Tymczasem nie mogę nie wspomnieć o zwierzętach.

Natura zawsze stara się nam rekompensować niedostatki. I wtedy gdy brakuje nam słońca, pojawiają się inne atrakcje. Wieczorem mój mąż przygotowując kiełbaskę przy ognisku usłyszał dzika. Wprawdzie nikt zwierzaka nie widział, ale wszyscy wyraźnie słyszeli jego „chrumkanie”. Rano w niedzielę Józia miała co robić – jej głównym zajęciem było tropienie śladów racic na błotnistym terenie. Ale dzika świnia to nie wszystko. Przez deszczowe pole uciekał też zając, na drodze w pobliskiej miejscowości Stok przed samochodem przeszła nam spokojnie sarna, a na dróżce prowadzącej do naszej działki z bliska widzieliśmy dzięcioła czarnego. Nie zdążyłam wyjąć aparatu na czas, toteż uchwyciłam tego uroczego ptaszka w locie. Nie widać jego ślicznej czerwonej czapeczki 🙁 Obejrzałam go natomiast dokładnie, i jestem pewna że był to dzięcioł czarny. Jeśli ciekawi Was jego wygląd z bliska kliknijcie tu.

dzięcioł czarny

Dzięcioł czarny wzbijający się do lotu.

Jakby dzikich zwierząt było mało, pojawiły się jeszcze pszczoły. Dzikie pszczoły rzecz jasna. Mamy teraz z nimi nie lada problem. Podejrzewamy, że ulokowały się na świerku obok domu. Ich bzyk jest tak intensywny, że sądzimy iż zbudowały na naszym drzewie gniazdo. Możliwe jest też, że tylko tam żerują i żywią się spadzią, a mieszkają gdzie indziej. Jeśli jednak nasze obawy są słuszne i pszczoły są uciekinierkami z którejś z okolicznych pasiek, mogą być problemy. Mój mąż jest uczulony na pszczeli jad. Jak wiadomo urządzenia takie jak traktorek czy kosiarka (dźwięk silnika spalinowego), które mąż zazwyczaj obsługuje, mogą te owady zaniepokoić. Ogarnął nas strach czy nic nie grodzi nie tylko koszącym trawę, ale też oczywiście małej Józi. Pszczoły są pod ochroną, odpada więc radykalne rozwiązanie typu muchozol. Postanowiliśmy zbadać problem i w ostateczności wynająć lokalną ekipę „poławiaczy pszczół” – profesjonalistę, który złapie królową i przeniesie rój w bezpieczne miejsce. Tym czasem cieszymy się że te pożyteczne i szlachetne owady, które w miastach muszą być zapraszane do specjalnych hoteli budowanych przez Greenpeace, u nas czują się szczęśliwe i bezpieczne.

świerk

Prawdopodobnie na tym świerku pszczoły założyły sobie gniazdo. Teraz boimy się w jego pobliżu używać kosiarki.


Niedziela w ogrodzie

Słoneczna i pogodna niedziela była jak nagroda za trudy deszczowej soboty. Mogłam wreszcie nacieszyć się pięknem roślin. Zakwitły już pierwsze „prawdziwe” byliny, jak nazywam rdesty, bodziszki, maki orientalne. Nie mam skalniaka a cebulowych roślin u mnie nie za wiele, dlatego tak tęsknie wyczekuję na kwiaty innych wieloletnich gatunków. Wśród krzewów prym obecnie wiedzie pomarańczowo – czerwona azalia (znów prezent od Cioci z Santa Fe, którą serdecznie pozdrawiam chociaż wiem że obecnie siedzi odcięta od internetu). Cieszą mnie też pierwsze kwiaty róży gęstokolczastej Rosa spinosissima, malutka krzewuszka (niesamowita odmiana, prezent od moich koleżanek z magazynu „Viva!”, która bez przycinania zachowuje zwarty kompaktowy pokrój, kwitnie obficie a zimą nie szpecą jej „wiechcie”), irysy no i przekwitające już powoli bzy. Ogród zaczyna nabierać kolorów. Gdy odwiedzę go następnym razem spodziewam się zobaczyć całe mnóstwo kwitnących piwonii, orlików i innych bylin.

rdest bistorta      nadchodząca burza   namiot w ogrodziekrzewuszka minidzika różaazalia

róża stulistna

kalina buldeneżirysyogród we mgle

Zobacz również

2 komentarzy do “Weekend w ogrodzie # 8 – Czasem słońce czasem deszcz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *