Mój ogród / Ogród ozdobny / Weekendy w ogrodzie

Weekend w ogrodzie # 9 – Jaśmin, piwonie i róże

ogród koniec maja

Mój ogród i ja przypominamy trochę związek na odległość. Widzimy się tylko od czasu do czasu i wiecznie za sobą tęsknimy. Mam wrażenie, że rośliny niecierpliwią się gdy mnie długo nie ma. Czekają bym przyjechała na nie popatrzeć, usunąć chwasty, oporządzić rabaty. Nie wiem jednak co by było gdybyśmy byli razem (ja i mój ogródek) non stop. Mielibyśmy chyba siebie czasami dość, jak jedna z tych par, co wszystko robią razem. A tak, ponieważ ja mieszkam w Warszawie, a mój ogród leży na Lubelszczyźnie – musimy się cieszyć tymi rzadkimi weekendami kiedy spędzamy wspólnie czas.

irys wąskolistnydyptam, piwonie i szałwia lekarska

W ostatnią sobotę ogrodnicza praca pochłonęła mnie bez reszty. Miotałam się przez stale zmieniającą pogodę. Wydawało mi się, że zaraz lunie deszcz i niczego już nie zdążę zrobić. Nie lunęło, więc skończyło się tak, że pracowałam cały czas. Nie powiem, że było to nieprzyjemne. Chłodek, słońce za chmurami – bez ryzyka przegrzania można było pielić. Chwasty łatwo się wyrywały, bo ziemia jeszcze wilgotna. Tylko ten wiatr mi przeszkadzał, przez niego prawie wszystkie zdjęcia wyszły nieostre. Początek czerwca oznacza, że w ogrodzie jest co fotografować. Kwitnie tyle interesujących bylin i krzewów, że nie jestem w stanie nadążyć z robieniem zdjęć. I tak sporo przegapiłam – ominęło mnie apogeum kwitnienia tawuły van Houtte’a Spirea vanhouttei i irysów mieczolistnych Iris ensata. Tak to już jest, gdy się utrzymuje z ogrodem związek na odległość – często ważne rzeczy dzieją się gdy nie ma nas w pobliżu. Jednocześnie nie ma większego szczęścia, niż przyjechać po dwóch tygodniach nieobecności na działkę i zostać zaskoczonym barwną przemianą ogrodu, odurzonym zapachami i kolorami. Od ostatniej wizyty zakwitły jaśminy, piwonie, róże, irysy… Sama nie wiem co kocham bardziej.

jaśmin i hosty

irysy

kuklik przed obórką

irysy bródkowe

dyptam jesionolistny

naparstnice

Późna wiosna to czas ogrodowych diw: piwonii i róż. Piwonie rosną u mnie same, tzn. bez żadnej opieki. Owszem, zdarza się im zachorować na jakąś chorobę grzybową (tegoroczny mokry maj bardzo się do tego chorowania przyczynił), ale wówczas poprzestaję na oberwaniu zarażonych liści i jest ok. Czasami dorzucam im trochę kompostu, ale to czasami. Nawet nie pielę, bo rosną tak gęsto, żaden chwast się spomiędzy nich nie wychyli. Piwonie lubią gliniastą glebę, a takiej u nas pod dostatkiem. Jeśli pozwolimy im się spokojnie rozrastać, będą nas cieszyć latami. Te moje, mimo że przesadzane (odziedziczone po pierwszej właścicielce naszej posesji, oraz otrzymane w prezencie od sąsiada) zregenerowały się w ciągu zaledwie jednego sezonu.

moje piwonie

Jeśli zaś chodzi o róże – obecnie trwa czas kwitnienia odmian spokrewnionych z różami dzikimi np. Rosa canina. Kwitną też róża pomarszczona Rosa rugosa (z której mam żywopłot) i inne półdzikie mieszańce. Mam też kilka róż angielskich (odmiany nieznanej), trochę a la David Austin. Dostałam je od koleżanki z redakcji „Vivy!” jako pozostałość po sesji zdjęciowej z żoną jakiegoś polityka. Róże te to prawdziwy skarb: nie chorują (w przeciwieństwie do starych odmian, które mam), nie trzeba ich okrywać na zimę, są sztywne, odporne, kwitną od maja nieustannie do mrozów. Pachną i wyglądają jak róże historyczne. Są tak wspaniałe, że kiedyś poświęcę im osobny wpis.

róża angielska

W poprzednich latach nurtował mnie problem roślin towarzyszących dla róż i piwonii. Byliny kwitnące o tej porze roku tradycyjnie rekomendowane w gazetach jako „doskonali partnerzy dla róż” (czyli lawenda, bodziszki) szybko przekwitają i przez resztę sezonu nie wyglądają szczególnie pięknie. Szukałam czegoś co będzie kwitło dłużej. Eksperymentowałam zatem z różnymi innymi roślinami i teraz polecam kilka z nich szczególnie.

rabaty wiosną przetacznik

Jako rośliny komplementujące piwonie i róże sadzę ostatnio jarzmianki Astrantia i penstemony o ciemnych liściach (odmiana „Black Raven”). Jedyne czego potrzebują, to w miarę wilgotna gleba. Bardzo pomaga gruba warstwa ściółki z kompostu i kory. Gdy zapewnimy im takie warunki,  jarzmianki będą kwitły całe lato, nawet jak już po piwoniach nie będzie śladu. Penstemony podobnie. Nawet gdy nie mają kwiatów wyglądają ładnie ze względu na bordowo – fioletowe liście. Lubię też wszelkie rośliny z rodziny jasnotowatych Labiateae: kocimiętkę, szałwie (muszkatołową, omszoną, lekarską), czyśćce (np. lekarski), żelaźniaki i jasnoty. Większość z wymienionych bylin kwitnie ponownie po przycięciu co sprawia, że są dekoracyjne przez resztę sezonu, a nie tylko teraz. Podobnie wyglądają przetaczniki, z których najbardziej lubię „Eveline” (na zdjęciu powyżej).

różanecznik american beauty clematis i czarny bez

Mimo że uwielbiam wszystkie „nowoczesne” byliny, to oczywiście nie mogę się oprzeć także ogrodowym klasykom takim jak rododendrony (u góry odmiana „American beauty” – prezent od męża) i powojniki. Moje ukochane clematisy to „President” i „Kardynał Wyszyński„. W tym samym czasie kwitną czarne bzy o różowych kwiatach (na zdjęciu u góry Sambucus nigra „Black lace” czyli czarna koronka 😉).

naparstnice i clematis

biała naparstnica

O tej porze roku niektóre ciekawe połączenia i zestawienia roślin tworzą się samoistnie (zdj. powyżej). Biała samosiejka naparstnicy Digitalis purpurea wyrosła mi tuż obok granatowej szałwii „Mainacht” (jedna z ulubionych odmian Pieta Oudolfa) – sztywna, nie pokłada się jak inne szałwie omszone, ma duże, ciemne, ładne liście, a kwiaty w niespotykanym odcieniu granatowego fioletu. Kwitnie znacznie wcześniej niż inne podobne szałwie.domek i ogród angelica archangelica

Cóż więcej mogę napisać? Nasz ogród to bajka. W każdym zakątku kryją się jakieś schowane skarby. Połowa z nich oczywiście ginie w chwastach i gąszczu ekspansywnych jaśminów, ale to tylko dodaje tym zakątkom uroku. W takiej scenerii, pośród zapachu, którego po prostu nie sposób opisać (mieszanka czarnego bzu, dzikich róż, skoszonej trawy, piwonii i jaśminu) jedliśmy sobie pierwsze tegoroczne truskawki. Z pola, od naszej sąsiadki Pani Marianny. Moje własne uprawy truskawek zlikwidowałam zeszłej jesieni, bo po prostu nie miałam czasu kontrolować non stop pojawiających się „wąsów”. Zadowalam się truskawkami sąsiadów, które… no cóż, pachną i smakują polskim latem.

truskawki prosto z pola

Prosto z pola Pani Marianny…

Józia na polu

Józia samodzielnie udała się na spacer „po więcej” 😉

Oprócz truskawek jedliśmy też tort który upiekłam na urodziny mojego męża. Udekorowałam go tym co było pod ręką. Tutaj zamieściłam przepis. Był przełożony truskawkami i kremem z serka mascarpone. Pachniał zaś kwiatami z ogrodu.

tort urodzinowy

rabata zielono niebieska

Wspomnę też, że odwiedził nas długo oczekiwany pszczelarz. Jego zadaniem było zlokalizować i wyprowadzić z ogrodu rój pszczół (wydawało nam się, że założyły gniazdo tuż obok domu na wysokim świerku). Pan Roman Wolny, prowadzący eko-pasiekę w Kazimierzu Dolnym przyjechał do nas, ale wrócił z niczym. Okazało się, że terroryzujący nas rój sobie… poszedł. Nie było tam gniazda, pszczoły jedynie żerowały na spadzi z naszego świerku. Dziwiło nas to, bo mamy też inne świerki, nawet większe, a tylko na tym jednym bezustannie słychać było brzęczenie owadów. Pszczelarz wyjaśnił, że tak się niekiedy zdarza. Rój potrafi gdzieś żerować po to by zniknąć z danego miejsca w ciągu godziny. Najpewniej spadź (odchody mszyc żerujących na iglakach bogate w cukier, które stanowią pszczeli pokarm) została spłukana przez obfite deszcze, które w ostatnich dniach nawiedziły okolicę. Ta anegdotka, która zakończyła się dla nas szczęśliwie (mniej szczęśliwie dla Pana Romana Wolny, który nie złapał królowej pszczół) kazała przemyśleć mi kwestię postępowania z tymi owadami. Tak się baliśmy ich ataku (może przez te hollywoodzkie tanie thrillery o pszczołach-mutantach które rzucały się na koszących trawę?), że przeszło nam przez myśl „radykalne usunięcie problemu”. Jakaż by to była strata i jak nieodpowiedzialne zachowanie? Wystarczyło przecież poczekać aż pożyteczne pszczółki same sobie odlecą. Cieszę się że posłuchałam głosu sumienia i nie pozwoliłam traktować domniemanego gniazda chemią. Wiedzcie, że jeśli u was zdarzy się podobna sytuacja, najlepiej zgłosić się do lokalnego pszczelarza by pomógł. I poczekać. Prewencyjne stosowanie chemii na pszczoły, nawet w obronie zdrowia własnej rodziny jest nieodpowiedzialne i niebezpieczne. Polecam portal „Pszczelarskie pogotowie rojowe” gdzie można znaleźć lokalnych specjalistów od pszczelich przeprowadzek.

pszczołą na róży

Zobacz również

5 komentarzy do “Weekend w ogrodzie # 9 – Jaśmin, piwonie i róże

  1. Piękny ogród, pełen czarodziejskich zakątków. Eh, jak ja lubię takie przestronne wiejskie ogrody, gdzie jest przestrzeń, a nie tłok i walka o każdy centymetr, jak w moim miejskim ogrodzie.

    • Dziękuję za komplement. Choć nie zamieniłabym mojego ogrodu na żaden inny, to powiem, że wielkie działki mają tyle samo zalet co wad. Czasami myślę, że na ograniczonej przestrzeni łatwiej i szybciej osiągnęłabym upragniony efekt. Wielki ogród jest nie do utrzymania w stanie idealnym tylko w weekendy 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *